niedziela, 30 czerwca 2013

Dzień 6 Tbilisi

U Iriny ścisk, masa luda. To w końcu drugi dzień wakacji. Prawdziwa Arka Noego, są Izraelici, Holendrzy, Czesi i masa Polaków. Dostajemy sale zbiorową. Poznajemy kilka osób, ale jakoś tak w naturalny sposób "związujemy" się z pewną Rodzinką.pl. Skład rodzinki to Tata Radek, mama Ewa, córka Emilka i syn Szymek, Przemkiem przez opornych zwany. W kuchni tłok. Każdy robi cos innego jedna para coś gotuje, druga szykuje kanapki, kolejne dwie osoby rozmawiają przy lampce gruzińskiego wina. To wszystko na przestrzeni ok. 5 mkw. I jeszcze my szukający w lodówce tego co tam wczoraj odłożyliśmy Nic to.To w końcu Hostel. Wszyscy radośni, żadnych kwasiorowatych dames z tipsami i nadętych tak zwanych ludzi sukcesu itp.

Jako "starzy wyjadacze" ruszamy z nowymi znajomymi w miasto. Tłumaczymy jakim rewelacyjnym rozwiązaniem jest doładowana karta miejska umożliwiająca umożliwiająca korzystanie ze wszystkich środków transportu publicznego do których zalicza sie również kolejka linowa. zwiedzamy kolejno twierdzę, "podpaskę"....,robimy zakupy na kolację. Dzień spełza nam na leniwym łażeniu po Tbilisi.

sobota, 29 czerwca 2013

Dzień 5 Dartlo, Alvani, Telavi, Tbilisi


Ok. Wracamy do cywilizacji. Oda rana przez naszych gospodarzy szukamy transportu przez góry ok 10 jest. To transport sera do miasta, fajnie będzie. :)PO drodze jest mały nie zaplanowany postój. Obserwuje spokój Gruzinów, papierosek, kawka pogawędka.


Nikt i nie nie pyta, nikt się nie gorączkuje. Wszyscy cierpliwie czekamy aż traktor udrożni przejazd drogą. Qrcze 2 dni temu tędy jechaliśmy. Teraz rozumiem obawy Gochi. Dalej droga mija spokojnie prawie bez żadnych sensacji, pomimo tego będziemy ja wspominać jeszcze kilka dni.
A to dzięki serowi, w samochodzie jakoś go nie czuliśmy, może nam się receptory przyzwyczaiły, poza tym było dość chłodno więc i serek nie pachniał zbyt mocno.


Za to nasze plecaki, ach cóz to był za zapach. Pięknie pachniały, aż ślinka ciekła nie tylko nam ale też psom w Alvani :). Ranyyy jak one je...y, z 10 metrów było nas czuć.
Wysiadamy w Alvani tuż przy postoju terenówek do którego w nie dotarliśmy. Nikt nie jedzie do Tbilisi. Nauczeni doświadczeniem, nie czekamy. Wskakujemy do busa jadacego do Telawi, przekonani że tam szybciej znajdziemy podwózkę do Tbilisi.
W autobusie ścisk i tłok, ale i tutaj spotykamy rodaków. Pare młodych ludzi podróżujących stopem.


Pomimo (lub dzięki, sami nie wiemy) aury jaka roztaczaliśmy dość szybki znajdujemy transport do Tbilisi, i to nie byle jaki tylko merol S klasa. Pakuje sie koło kierowcy i.....qrde, tu jest kierownica. Auto ma fajere po prawej stronie, szybko zmieniam strony i ani mi w głowie przesiadka. Jak sie później okaże nie jest to zbyt fortunny pomysł, jest ok 16, żar leje się z nieba, a my czekamy na "komplet".

W międzyczasie zauważa nas Gocha, pyta co my tu robimy, mieliśmy przecież iść na Atsuntę. Opowiadamy dlaczego. Nie proszony sam zaczyna szukać klientów dla naszego obecnego drivera. Niestety, to chyba nie jest dobra pora. Wyruszamy około 18:30. Okazuje się że Gruzińscy kierowcy chyba sie zmówili żeby swój styl jazdy pokazywać nam stopniowo.

Tym razem to ja mam zostać poddany próbie nerwów. Wyglądało to tak. Podczas pokonywania jednej z serpentyn  na szosie dwupasmowej postanawia wyprzedzić ciężarówkę. ....Wychyla się nic nie widząc, ja widzę (siedzę z lewej) pruje na nas osobówka, kierowca dalej nic nie widzi, ja widzę czołowe zderzenie z kolejną osobówką mijającą nas przy ryku klaksonu. Ten wariat dalej nic nie widzi za to ja widze jak samochody z naprzeciwka pruja setka po poboczach żeby nas nie zdmuchnąć z drogi. Nasz kierowca w końcu widzi cała drogę, jedziemy pod prąd i ................staje sie cud. Wyprzedzana ciężarówka zjeżdża na pobocze sypie kamieniami z pod kół. Kolejna ciężarówka z naprzeciwka wykonuje taki sam manewr. My ...jeszcze pożyjemy....a ten świr gwiżdże pod nosem.

Dzień 4 Dartlo, Chesho, Parsma, Girevi, Dartlo


Klnę na łóżka w Gruzji :), są inne, krótsze itp., a może tak mi sie tylko wydaje. Po chwili zastanowienia dochodze do wniosku że u nas na kwaterkach wyrka są nie lepsze. Aga jeszcze chrapie na sienniku obok, wyskakuje na dwór i do kibelka. Bardzo swoją droga europejskiego, z normalnym sedesem, prysznicem i ciepła wodą.

Dzień wstaje pogodny, niestety nadal o godz. 8 jesteśmy w cieniu rzucanym przez okoliczne szczyty, jest chłodno para idzie z ust. Z naszej antresoli widzimy linię cienia powoli przesuwająca się w naszym kierunku by w końcu nas minąć. Temperatura zaczyna sie szybki podnosić i juz po godzinie mamy ok 15c. Pakujemy się w nasze mandżury i schodzimy aby spytać o pdwózkę do Girevi. Znajduje się tam posterunek policji w którym mamy otrzymać pozwolenie na poruszanie sie po strefie zmilitaryzowanej.


Zjadamy lokalne śniadanie złożone z sera, chaczapuri i lemoniady. Potem okaże się że śniadania jakie przyjdzie nam jeść bęą skrajnie różne. Od przepysznych i niewyszukanych, przez takie które z przyjemnościa zastępowaliśmy kaszą i sosem z torebki po przepyszne śniadania w Borjomi.

Ponieważ droga do Atsunty prowadzi nudna drogą wzdłuż doliny, decydujemy się na transport samochodowy do Girevi. Po ok godzinie oczekiwania pod hotel podjeżdżą terenówka z młodym Gruzinem, Po chwili targu ustalamy transport na 50 GEL. Ruszamy, po ok 1km orientuje się że usmarowałem spodnie jakims towotem. Zatrzymujemy sie przy potoku i używając zapas benzyny z prymusa doprowadzam je do kultury. Jest to miła niespodzianka, już się obawiałem że będę musiał kupować spodnie.

Kierowca grzeje drogą jakby go diabeł gonił, być może tak jest ;-). Rzut oka na dźwignie zmiany biegów powoduje mój niesmak i podejrzenie że być może jest wyznawcą szatana :). Po raz pierwszy w życiu słyszę jak Aga klnie. pozwolę sobie zacytować "Patrz się k.....a na drogę" ;-). Więc naprawdę było fajnie. Niestety po ok 15 minutach zonk, traktor który miał udrożnić drogę po zimie zepsuł się dokładnie pośrodku potoku. Dalej nie pojedziemy.





I chyba .......  nie pójdziemy




Kierowca nagle zapomniał jakiegokolwiek języka, nie rozumie że skoro dostarczył nas do 1/3 drogi to powinien nam zwrócić różnicę. Udaje nam sie stargować na 40 Lari, macham ręka zrezygnowany. Kolejne zderzenie z rzeczywistością i czynnikiem ludzkim. Gruzja o jakiej czytałem chyba powoli odchodzi do lamusa. Im więcej cywilizacji tym ludzie bardziej cyniczni i chciwi.
Dotarliśmy jedynie do Chesho, dalej ruszamy z buta. Wioskę mijamy dołem obszczekiwani przez psa pasterskiego. Po drodze mijamy kilku żołnierzy czy policjantów którzy z powodu traktora podróżują na konno, potem spotkamy większa grupę na pieszo.
Żołnierze na koniach
Powoli dochodzę do wniosku że wole nasze góry, nie chcę tutaj nic ujmować Pięknemu Kaukazowi. Chcę jedynie napisać że nasze góry ze względy ich wielkość są znacznie bardziej urozmaicone. Tutaj można iść kilka dni ta sama dolina w praktycznie takim samym otoczeniu, u nas widoki zmieniają się co kwadrans.
Twardo drepczemy dalej w coraz większym upale, którego dzięki suchości powietrza specjalnie nie odczuwamy. Mijamy po drodze wiele wież świadczących o tym że dolina w przeszłości tętniła życiem być może nawet większym niż teraz co według mnie jest paradoksem.

Wieże obronne
 Powoli bez pośpiechu zbliżamy się do Parshmy, niestety sielanka nie trwa długo. Na razie nic Adze nie mówię, zaczyna mi dokuczać kolano. Z początku sądzę że to chwilowe, że z każdym kolejnym krokiem je rozruszam. Nic z tego dokucza mi coraz bardziej, zaczynam zostawać w tyle co jest o tyle nienormalne że zawsze jak dziki gonię do przodu.
Aga zaczyna się orientować że coś jest nie tak, wraca do mnie i słyszę "jesteś zielony" próbuje obrócic to żart, ale nic z tego ból staje się coraz dotkliwszy.

Śnieżny most, ciekawe czy kiedykolwiek topnieje.

Zastanawiamy się wracamy czy idziemy dalej. Postanawiam dłużej odpocząć i spróbować ruszyć dalej, nic z tego kolejna próba kończy sie fiaskiem. Możęmy jeszcze rozbić obozowisko i poczekac dzień lub dwa az kolano wróci do normy. Jest jednak kilka ale:
  • Na drodze namiotu nie rozbijemy, a na łąkę trzeba zejść po bardzo stromym stoku. W moim stanie to niewykonalne.
  • Jest ok 11, temperatura ok. 35C, żąr z nieba.
  • Co będzie jeśli mój stan poprawi sie na chwilę i odnowi po przejściu Atsunty? Jak zejde do Ardoti?

Mamy co prawda ubezpieczenie z wykupionymi opcjami poszukiwawcza i ratunkową, ale co z tego ubezpieczyciele to hieny, ciekawe co wymyśla by go nie wypłacić. Wracam, każdy krok to ból.

Po 3 godzinach docieramy do Chesho i wchodzimy do wsi. Jest w niej kilku młodych mężczyzn i jeden starszy. Tylko z nim można porozmawiać po rosyjsku. Wyjaśniamy całą sytuację, że potrzebujemy pomocy. W całym zamieszaniu zapomnieliśmy że droga jest nieprzejezdna, dostaniemy pomoc, lecz wracać będziemy konno :-).
Gwałtu, rety, pójdę pieszo, to reakcja Agnieszki na owa wiadomość :). Moja kochana żona nigdy w życiu nie jechała konno, tak samo jak nie była na trekkingu i backpakingu :). Tu nikt sie nie spieszy, czekamy cierpliwie na przewodnika który ma poprowadzić nasze konie i nas do Dartlo. Pijemy kawe przygotowana na modłę Turecką czyli gotowana w tygielku (rondlu emaliowanym). Jest wyśmienita czarna, mocna, gęsta, aromatyczna bez porównania do tej która kupiliśmy w sklepie w Tbilisi. Wypija swoja i Agi bo jest dla niej za mocna.

Mina Agnieszki mówi wszystko :)
Wsiadamy na konie i ruszamy w drogę powrotną. Nie jechałem konno od lat, zresztą nigdy nie byłem w tym dobry. Musze jednak w dość szybkim tempie przypomnieć sobie wszystko co potrafię. Agnieszka kompletnie nie panuje nad swoim czworonogiem, a nasz "opiekun" generalnie sie tym nie przejmuje i jedzie na czele naszej karawany. Musze sam do niej podjechać i nakierować jej uparciucha z łąki na właściwą drogę. Po drodze mamy wspomniany potok na skraju którego utknął traktor. Ciekw jestem jak sobie poradzimy, jest tam mała kładka po której musimy przejechać.

Niestety nasze czworonogi odmawiają posłuszeństwa. Musimy zsiąść z koni i je przeprowadzić. Przy kolejnym potoku który po prostu konie mają przejść nie napotykamy żadnych problemów.

Moja Amazonka :)
Siodła sa jakby stworzone dla naszych miejskich tyłków, przypominają bardziej pufy niż siodła. Jazda na nich to przyjemność i frajda. A podziwianie Tego pięknego kraju z siodła to całkiem nowe przeżycie.
Po drodze czeka nas jeszcze mała przygoda z psem pasterskim który nie chce zrozumieć że nie jesteśmy do niego wrogo nastawieni. Atakuje pęciny nasz wierzchowców, a te przechodzą w krótki kłus.

Nie wiem ile czasu jechaliśmy, droga powrotna minęła nam bardzo przyjemnie, jedynie Age troszkę pupa boli. :)
Podziękowaliśmy naszemu przewodnikowi mikro flaszeczka wyborowej i poprosiliśmy o jakiś adres żeby móc przekazać że sa jeszcze Gruzini jakich znamy z opowieści. Nie wiem dlaczego nie potrafił nam zapisać adresu, poprosił jakiegoś starca który napisał nam to po Rosyjsku. Zupełnie nie wiem o co chodziło, czyżby nie umiał pisać, a może pisał tylko po Gruzińsku i obawiał sie że nie rozczytamy? Nigdy sie tego nie dowiemy. Nie podejmuje się odczytania tej notatki dlatego zamieszczam zdjęcie.

Salę znów mamy tylko dla siebie, płacimy tylko za nocleg.Nasi gospodarze Tengo z Ingą zapraszają nas na kolację, kolejny sympatyczny gest który zapadnie nam w pamięci.




 C.D.N. (mam nadzieję skończyć relację do końca kwietnia)

czwartek, 27 czerwca 2013

Dzień 3 Omalo, Alazani, Dartlo


Być może ci którzy przyjadą tu w przyszłym roku będa mogli przenocować w budowanym hotelu górskim.
Plecaki na garby i powolutku pnąc się pod górę opuszczamy Omalo. Pogoda jak drut o godz. 9 rano ponad 20C. Jesteśmy deczko " nie w kondycji" jak bardzo okaże się potem. Plecaki choć b. Ciężkie nie są problemem. Mój sprawdzony wyprawowy Pajak Atacama o wadze 26 kg i Agnieszki nie sprawdzony Quechua Symbium 60l wypakowany do 15 kg.
W dole Omalo






Po drodze postawiam zebrać troszkę ziółek na herbatę.
Dopasowane systemy nośne, "sprawiedliwy" podział bagażu się sprawdza. Mijamy po drodze Zemo, a w nim wiele Guest House'ów wyglądających znacznie lepiej niż ten w którym spędziliśmy noc. Nad nami górują wieże mieszkalne Keselo Fortress. Wniosek jest prosty, Gocha przywiózł nas do swojej rodziny bo takie sa zwyczaje. Tutaj więzy rodzinny są nadzwyczaj silne. Inaczej niż u nas. Podczas całej wędrówki okaże sie jak bardzo Ci ludzie wspierają swoich bliskich, kierując do swoich każdego kogo mogą
Upał i skwar daje nam się we znaki, jesteśmy tez pełni obaw o stan naszych ramion i twarzy. Pomimo zastosowania filtrów UV50 czujemy wyraźnie palące słońce oraz widzimy dosłownie zmieniający się w oczach kolor naszej skóry. Podczas postojów uzupełniamy płyny w organizmach przygotowanymi wcześniej izotonikami z tabletek. Z tabletek dlatego że nie wiedzieliśmy czy w Gruzji dostaniemy coś takiego.Nic mówiąc Adze często markuję picie, nie wiem czy się nie odwodni, niby nic nie mówi ale.....chucham na zimne.

Na fotce widać jak wygląda Aga, jesteśmy bladzi jak dupy aniołów, wspominamy ubiegły rok w Tatrach kiedy to spotkaliśmy masę ludzi z poparzeniami 2 stopnia na twarzach. Tak sie kończy wyjście w wysokie góry z "niezachartowna słońcem" skórą. Nas wtedy poparzenia ominęły, mieszkamy w domku i często przebywamy w ogrodzie. Niestety w tym roku ęnieg był jeszcze w maju. Pożyjemy zobaczymy.

Mniej więcej w połowie drogi po wejściu do doliny rzeki Alazani robimy dłuższy postój, mając zamiar napić się gorącej kawy. Niestety pomimo kilku prób mój chiński MSR jedynie dymi i nie chce zagotować wrzątku. Zalewamy więc "azofoskę" (kawa rozpuszczalna) ciepła woda i pijemy ten wynalazek.

Po przeciwnej stronie doliny widać ruiny wielu wież obronnych, oznacza to że dolina była w przeszłości dość licznie zamieszkana. Jej gospodarka opierała sie zapewne na pasterstwie i handlu. Żyzne i trawiaste zbocza doliny zapewniały trawę licznym stadom owiec.


Po drodze tuz przed celem (jeszcze o tym nie wiedząc) spotykamy Holendrów i Estończyków idących na lekko w przeciwnym kierunku. Siedząc na zboczu tuż nad ścieżką wzbudzamy sensację gabarytami naszych plecaków. Oczywiście są pytania skąd, gdzie i po co. Na informacje że naszym celem jest przejście przez Atsuntę pojawia sie lekkie zdziwienie.
Pod wieczór ok godz. 18 docieramy do Dartlo celu naszej dzisiejszej wędrówki. Widok jest niesamowity. Osada zagubiona na pustkowiu i wtopiona w zbocza doliny Alazani. Z tej odległości nie widać blachy falistej, solarów i innych współczesności. Widać jedynie egzotyczne dla nas "1000 letnie" wieże.

Dartlo






Kładka do Dartlo
Początkowo plan jest prosty rozbijamy się nad rzeką. Jednak silny wiatr, przypadłość Agnieszki i namolny typ spotkany na łące żądający od nas paszportów sprawiają że decydujemy się na hotel.

Guest House Prowadzą wspólnie 4 osoby, troje Gruzinów i Jedna Kazachka. Budynek Guest House przypomina troszkę nasze domy z kresów. Drewniane słupki i rzeźbione balustradki, kojarzą sie nieodparcie z architektórą kresów i Zakopanego.

Cena za nocleg jak na schronisko górskie nie jest wygórowana i w najtańszej wersji na sali dla 12 osób wynosi 20 GEL od osoby. Oprócz nas w Spatsemindzie niema nikogo. Wogóle całe Dartlo wygląda jak opuszczone. Snujemy sie "uliczkami" czyli na wpół zarośnietymi ścieżkami górskimi pomiedzy ciasno ustawionymi domami. Tylko w jednym znich spotykamy starszą Gruzinkę z małą dziewczynką.

Na dole w "luksusowych" warunkach mieszkają jeszcze Niemcy ze swoimi Gruzińskim przewodnikami. Podróżują wynajętą terenówką i następnego dnia wracają na niziny. Zaczyna mnie to troszkę żartem niepokoić, może o czymś nie wiemy, Południowa Osetia tuz tuż, może Ruscy się ruszyli? :) Nic to, gorąca kąpiel i towarzystwo wesołych Niemców przy kolacji rozwiewają moje wątpliwowści.

Aby dopełnić nasze szczęście okazuje się że nie przewidywana "kobieca przypadłość" Agnieszki to była reakcja organizmu na zmianę klimatu lub wysokości. Uff. kamień spadł mi z serca.

Kilka fotek z Dartlo.

Młoda Gruzinka sadzi kwiatki w doniczka aby choć trochę upiększyć surowe otoczenie.

Gondaar czyli macierzanka czyli nasza herbatka



Tam na szczycie to tez Guest House

Ruiny Kościoła i ZAZ;a



Kamienne dachy i solary, podobno zakładali je Czesi.




środa, 26 czerwca 2013

Dzień 2 Tbilisi, Isana, Telavi, Alvani, Omalo

Dzień 2


Bez pospiechu wyruszamy z naszymi chomątami na dworzec by stamtąd dojechać do Telavi. Jest to niewielka osada z której Jeepem (czyt. terenówką) można się do dostać do Omalo w Tuszetii. Jak to w byłych republikach ZSRR wszędzie dojedziesz metrem, tak i tym razem metrem docieramy na dworzec Isana. Zaraz po wyjściu jesteśmy nagabywani przez łapaczy i zachęcani do skorzystania z taksi. Grzecznie odmawiamy i idziemy szukać innego srodka lokomocji. Po krótkich poszukiwaniach dowiadujemy się że nie jedzie tam żadna marszrutka. Zapada więc decyzja ruszamy taksówką. Wracamy do naszych łapaczy. Cenę ustalamy 25 Gel za nas dwoje. To pierwsza różnica pomiędzy naszymi taksówkami i gruzińskimi tutaj płaci sie od pasażera. Kolejna jest fakt że musimy czekać na kolejnych pasażerów, ponieważ cena jest od łebka logicznym jest że przewoźnik musi wycisnąć ile się da z jednego kursu.

Po ok 20 minutach oczekiwania jest komplet, dochodzi jeden pasażer. Ruszamy. Podczas rozmowy nasz kierowca jak to zwykle bywa w takich sytuacjach jesteśmy skąd pochodzimy i dokąd jedziemy. Po naszych wyjaśnieniach że jesteśmy z Polski, jak to zwykle u Gruzinów pojawia się banan na twarzy. Dowiadujemy sie też że do Omalo lepiej dostać się z Kvemo Alvani gdzie stoją Jeepy. Dopłata wynosi 10 Gel. Cała drogę żartujemy i obserwujemy "szalony" ruch uliczny. 



Taksówkarz wysadza nas na stacji stojącej wyraźnie przed miastem i przekazuje nas kierowcy terenowego Mitsubishi. Znacznie później dochodzę do wniosku że zostaliśmy oszukani i wysadził nas na przedmieściach Telavi! Dowiadujemy sie tez że za dojazd do Omalo mamy zapłacić po 100 GEL od osoby. Znamy ceny i wiemy że taka radocha kosztuje 50 GEL. Czyli znowu sytuacja sie powtarza, płacili byśmy za przewóz powietrza. Decyzja czekamy na następnych chętnych. Mijają godziny, a innych turystów ni widu ni słychu.W międzyczasie jemy posiłek złożony z doskonałego chleba szoti, papryki i sera, popijać oranżadą.
Nasz kierowca Gocha (czyt.Goczia), jest coraz bardziej zaniepokojony nie tylko nasza nieugięta postawą jak i upływającym czasem. Czeka nas nocleg na stacji benzynowej. Ok. godz 16, kierowca rzuca propozycję cenowa za nas dwoje, odrzucamy i po chwili targowania ustalamy cene na 65 GEL od osoby.
Jedziemy szosa mijając kolejne wsie i osady, po drodze zatrzymujemy przy sklepiku gdzie Gocha kupuje zaopatrzenie dla jak sie okazuje swoich krewnych w Omalo. My tez zaopatrujemy sie w swieżutki i gorącu szoti.
Droga która na mapie odpowiada naszej wojewódzkiej, okazuje się polną drogą wijąca się zboczami doliny Stori na przełęcz Abano na wysokość 2926m n.p.m. Krajobrazy zapierają dech w piersiach, a niektóre zachowania Gochi przyprawiają nas o dreszcze. Jednym z nich jest patrzenie w górę zamiast na drogę po której porusza sie nasz samochód. Zapytany o powód odpowiada że u góry może pracować traktor i często lecą kamienie. On po prostu wypatrywał lawin :)





Aga ma zamkniete oczy i chce urwać uchwyt nad okne, ja robie zdjęcia.
Największe wrażenie sprawia jazda od strony doliny, nie widać wtedy nic oprócz przepaści i drogi po drugiej stronie doliny. Po drodze kilka miejsc które zwracają naszą uwagę, pierwsze to "mobilne pasieki" , drugie to kapliczki ku czci ludzi którzy ulegli na tej drodze wypadkom i zginęli. Bardzo często oprócz kwiatów stoi przy nich butelka wódki i szklaneczka. Krewni (w tu chyba wszyscy nimi są) maja zwyczaj zatrzymywać się i wypijać za dusze zmarłych.







Do Omalo dojeżdżamy po zmroku, więc z podziwiania okolicy nici. Quest House prowadzi młoda Gruzinka zrobiona na blondynkę czyli ruda.
Dostajemy pokój pachnący stęchlizną dla dwóch osób wyposażony w wojskowe sprężynowe łóżka, skrzypiąca podłogę i nie ogrzewany. Temperatura około zera C. Jest ciemno, jesteśmy zmęczeni, pytamy tylko czy jest prysznic na co otrzymujemy odpowiedź "Of course there is a bathroom and shower" :) , po zapachu trafiamy do toalety, rany od 30 lat nie widziałem takiego kibla, tzn. tureckiego kibla czyli na narciarza :). Nic to kibelek, ząbki i spać. Gdybym nie był tak padnięty pewnie zaliczyłbym te noc do najmniej udanych. Jedyna pozycja na jakż pozwalało moje łóżko to banan.

Byłbym zapomniał na ścianie jak w prawdziwym Gruzińskim domu nie zabrakło przywódcy narodu Józefa Stalina. W Gruzji nie jest on postrzegany jako tyran i morderca. To jeden z bohaterów narodowych. 

Rano śniadanie z lokalnych produktów i Kondaar czyli herbatka z lokalnych ziół, jak się potem okazuje z macierzanki. Przy śniadaniu poznajemy pozostałych gości czyli parkę Słowaków. Wymieniamy zwyczajowe uprzejmości i pytamy gospodyni o wspomniany shower. Okazuje sie nim być beczkowóz z urwanym kranem stojący przed budynkiem z woda o temperaturze kilku stopni. Qrde co robić Agnieszka ma kobieca przypadłość. Jakoś sobie radzimy z chigieną. Kolejny problem to sklep z artykułami higienicznymi, niestety jeszcze nie sezon sklep zamknięty. Co robić? Nasza gospodyni i na to ma radę, sprzedaje Agnieszce 2 szt po 2 GEL ( czyli 3,6 PLN szt.) 

Martwi mnie to bardzo choć na razie milczę, w razie czego zawrócimy. Taka sytuacja może grozić poważnym zakażeniem lub odwodnieniem, sam nie wiem co gorsze. Jedno i drugie w tak prymitywnych warunkach jest bardzo niebezpieczne. Tylko ...qurde...okres...po 2 tygodniach? ....co ona wiewiórka jest?

Jeszcze tylko zatankować kocher i w drogę. Tankuje ropą od Gruzina naprawiającego nieopodal starą po radziecką ciężarówkę, ponieważ nie chce zapłaty rewanżuję się setką polskiej wyborowej.

Czas ruszać w dalszą drogę.

Namiary.

Gocha tel. +995 99 27 86 47
Język Rosyjski
50 GEL/Os. Przy komplecie pasażerów

Guest House "Nazo"
Natia Khvedaguridze 
mob. 5(51) 17 18 66
mob. 5(57) 63 63 50
30 GEL/Os. (najdroższy i najgorszy nocleg w Gruzji)