środa, 26 czerwca 2013

Dzień 2 Tbilisi, Isana, Telavi, Alvani, Omalo

Dzień 2


Bez pospiechu wyruszamy z naszymi chomątami na dworzec by stamtąd dojechać do Telavi. Jest to niewielka osada z której Jeepem (czyt. terenówką) można się do dostać do Omalo w Tuszetii. Jak to w byłych republikach ZSRR wszędzie dojedziesz metrem, tak i tym razem metrem docieramy na dworzec Isana. Zaraz po wyjściu jesteśmy nagabywani przez łapaczy i zachęcani do skorzystania z taksi. Grzecznie odmawiamy i idziemy szukać innego srodka lokomocji. Po krótkich poszukiwaniach dowiadujemy się że nie jedzie tam żadna marszrutka. Zapada więc decyzja ruszamy taksówką. Wracamy do naszych łapaczy. Cenę ustalamy 25 Gel za nas dwoje. To pierwsza różnica pomiędzy naszymi taksówkami i gruzińskimi tutaj płaci sie od pasażera. Kolejna jest fakt że musimy czekać na kolejnych pasażerów, ponieważ cena jest od łebka logicznym jest że przewoźnik musi wycisnąć ile się da z jednego kursu.

Po ok 20 minutach oczekiwania jest komplet, dochodzi jeden pasażer. Ruszamy. Podczas rozmowy nasz kierowca jak to zwykle bywa w takich sytuacjach jesteśmy skąd pochodzimy i dokąd jedziemy. Po naszych wyjaśnieniach że jesteśmy z Polski, jak to zwykle u Gruzinów pojawia się banan na twarzy. Dowiadujemy sie też że do Omalo lepiej dostać się z Kvemo Alvani gdzie stoją Jeepy. Dopłata wynosi 10 Gel. Cała drogę żartujemy i obserwujemy "szalony" ruch uliczny. 



Taksówkarz wysadza nas na stacji stojącej wyraźnie przed miastem i przekazuje nas kierowcy terenowego Mitsubishi. Znacznie później dochodzę do wniosku że zostaliśmy oszukani i wysadził nas na przedmieściach Telavi! Dowiadujemy sie tez że za dojazd do Omalo mamy zapłacić po 100 GEL od osoby. Znamy ceny i wiemy że taka radocha kosztuje 50 GEL. Czyli znowu sytuacja sie powtarza, płacili byśmy za przewóz powietrza. Decyzja czekamy na następnych chętnych. Mijają godziny, a innych turystów ni widu ni słychu.W międzyczasie jemy posiłek złożony z doskonałego chleba szoti, papryki i sera, popijać oranżadą.
Nasz kierowca Gocha (czyt.Goczia), jest coraz bardziej zaniepokojony nie tylko nasza nieugięta postawą jak i upływającym czasem. Czeka nas nocleg na stacji benzynowej. Ok. godz 16, kierowca rzuca propozycję cenowa za nas dwoje, odrzucamy i po chwili targowania ustalamy cene na 65 GEL od osoby.
Jedziemy szosa mijając kolejne wsie i osady, po drodze zatrzymujemy przy sklepiku gdzie Gocha kupuje zaopatrzenie dla jak sie okazuje swoich krewnych w Omalo. My tez zaopatrujemy sie w swieżutki i gorącu szoti.
Droga która na mapie odpowiada naszej wojewódzkiej, okazuje się polną drogą wijąca się zboczami doliny Stori na przełęcz Abano na wysokość 2926m n.p.m. Krajobrazy zapierają dech w piersiach, a niektóre zachowania Gochi przyprawiają nas o dreszcze. Jednym z nich jest patrzenie w górę zamiast na drogę po której porusza sie nasz samochód. Zapytany o powód odpowiada że u góry może pracować traktor i często lecą kamienie. On po prostu wypatrywał lawin :)





Aga ma zamkniete oczy i chce urwać uchwyt nad okne, ja robie zdjęcia.
Największe wrażenie sprawia jazda od strony doliny, nie widać wtedy nic oprócz przepaści i drogi po drugiej stronie doliny. Po drodze kilka miejsc które zwracają naszą uwagę, pierwsze to "mobilne pasieki" , drugie to kapliczki ku czci ludzi którzy ulegli na tej drodze wypadkom i zginęli. Bardzo często oprócz kwiatów stoi przy nich butelka wódki i szklaneczka. Krewni (w tu chyba wszyscy nimi są) maja zwyczaj zatrzymywać się i wypijać za dusze zmarłych.







Do Omalo dojeżdżamy po zmroku, więc z podziwiania okolicy nici. Quest House prowadzi młoda Gruzinka zrobiona na blondynkę czyli ruda.
Dostajemy pokój pachnący stęchlizną dla dwóch osób wyposażony w wojskowe sprężynowe łóżka, skrzypiąca podłogę i nie ogrzewany. Temperatura około zera C. Jest ciemno, jesteśmy zmęczeni, pytamy tylko czy jest prysznic na co otrzymujemy odpowiedź "Of course there is a bathroom and shower" :) , po zapachu trafiamy do toalety, rany od 30 lat nie widziałem takiego kibla, tzn. tureckiego kibla czyli na narciarza :). Nic to kibelek, ząbki i spać. Gdybym nie był tak padnięty pewnie zaliczyłbym te noc do najmniej udanych. Jedyna pozycja na jakż pozwalało moje łóżko to banan.

Byłbym zapomniał na ścianie jak w prawdziwym Gruzińskim domu nie zabrakło przywódcy narodu Józefa Stalina. W Gruzji nie jest on postrzegany jako tyran i morderca. To jeden z bohaterów narodowych. 

Rano śniadanie z lokalnych produktów i Kondaar czyli herbatka z lokalnych ziół, jak się potem okazuje z macierzanki. Przy śniadaniu poznajemy pozostałych gości czyli parkę Słowaków. Wymieniamy zwyczajowe uprzejmości i pytamy gospodyni o wspomniany shower. Okazuje sie nim być beczkowóz z urwanym kranem stojący przed budynkiem z woda o temperaturze kilku stopni. Qrde co robić Agnieszka ma kobieca przypadłość. Jakoś sobie radzimy z chigieną. Kolejny problem to sklep z artykułami higienicznymi, niestety jeszcze nie sezon sklep zamknięty. Co robić? Nasza gospodyni i na to ma radę, sprzedaje Agnieszce 2 szt po 2 GEL ( czyli 3,6 PLN szt.) 

Martwi mnie to bardzo choć na razie milczę, w razie czego zawrócimy. Taka sytuacja może grozić poważnym zakażeniem lub odwodnieniem, sam nie wiem co gorsze. Jedno i drugie w tak prymitywnych warunkach jest bardzo niebezpieczne. Tylko ...qurde...okres...po 2 tygodniach? ....co ona wiewiórka jest?

Jeszcze tylko zatankować kocher i w drogę. Tankuje ropą od Gruzina naprawiającego nieopodal starą po radziecką ciężarówkę, ponieważ nie chce zapłaty rewanżuję się setką polskiej wyborowej.

Czas ruszać w dalszą drogę.

Namiary.

Gocha tel. +995 99 27 86 47
Język Rosyjski
50 GEL/Os. Przy komplecie pasażerów

Guest House "Nazo"
Natia Khvedaguridze 
mob. 5(51) 17 18 66
mob. 5(57) 63 63 50
30 GEL/Os. (najdroższy i najgorszy nocleg w Gruzji)






1 komentarz:

  1. Mam pytanie nieco z innej beczki - wybacz wścibstwo, ale skąd bierzecie pieniądze na tak liczne podróże? Ja mogłabym conajwyżej przeglądać oferty online, polując na jakąś okazję, ale większość tego typu wyjazdów wychodzi jednak dosyć drogo, chociażby sam transport w odległe miejsca.

    OdpowiedzUsuń