czwartek, 27 czerwca 2013

Dzień 3 Omalo, Alazani, Dartlo


Być może ci którzy przyjadą tu w przyszłym roku będa mogli przenocować w budowanym hotelu górskim.
Plecaki na garby i powolutku pnąc się pod górę opuszczamy Omalo. Pogoda jak drut o godz. 9 rano ponad 20C. Jesteśmy deczko " nie w kondycji" jak bardzo okaże się potem. Plecaki choć b. Ciężkie nie są problemem. Mój sprawdzony wyprawowy Pajak Atacama o wadze 26 kg i Agnieszki nie sprawdzony Quechua Symbium 60l wypakowany do 15 kg.
W dole Omalo






Po drodze postawiam zebrać troszkę ziółek na herbatę.
Dopasowane systemy nośne, "sprawiedliwy" podział bagażu się sprawdza. Mijamy po drodze Zemo, a w nim wiele Guest House'ów wyglądających znacznie lepiej niż ten w którym spędziliśmy noc. Nad nami górują wieże mieszkalne Keselo Fortress. Wniosek jest prosty, Gocha przywiózł nas do swojej rodziny bo takie sa zwyczaje. Tutaj więzy rodzinny są nadzwyczaj silne. Inaczej niż u nas. Podczas całej wędrówki okaże sie jak bardzo Ci ludzie wspierają swoich bliskich, kierując do swoich każdego kogo mogą
Upał i skwar daje nam się we znaki, jesteśmy tez pełni obaw o stan naszych ramion i twarzy. Pomimo zastosowania filtrów UV50 czujemy wyraźnie palące słońce oraz widzimy dosłownie zmieniający się w oczach kolor naszej skóry. Podczas postojów uzupełniamy płyny w organizmach przygotowanymi wcześniej izotonikami z tabletek. Z tabletek dlatego że nie wiedzieliśmy czy w Gruzji dostaniemy coś takiego.Nic mówiąc Adze często markuję picie, nie wiem czy się nie odwodni, niby nic nie mówi ale.....chucham na zimne.

Na fotce widać jak wygląda Aga, jesteśmy bladzi jak dupy aniołów, wspominamy ubiegły rok w Tatrach kiedy to spotkaliśmy masę ludzi z poparzeniami 2 stopnia na twarzach. Tak sie kończy wyjście w wysokie góry z "niezachartowna słońcem" skórą. Nas wtedy poparzenia ominęły, mieszkamy w domku i często przebywamy w ogrodzie. Niestety w tym roku ęnieg był jeszcze w maju. Pożyjemy zobaczymy.

Mniej więcej w połowie drogi po wejściu do doliny rzeki Alazani robimy dłuższy postój, mając zamiar napić się gorącej kawy. Niestety pomimo kilku prób mój chiński MSR jedynie dymi i nie chce zagotować wrzątku. Zalewamy więc "azofoskę" (kawa rozpuszczalna) ciepła woda i pijemy ten wynalazek.

Po przeciwnej stronie doliny widać ruiny wielu wież obronnych, oznacza to że dolina była w przeszłości dość licznie zamieszkana. Jej gospodarka opierała sie zapewne na pasterstwie i handlu. Żyzne i trawiaste zbocza doliny zapewniały trawę licznym stadom owiec.


Po drodze tuz przed celem (jeszcze o tym nie wiedząc) spotykamy Holendrów i Estończyków idących na lekko w przeciwnym kierunku. Siedząc na zboczu tuż nad ścieżką wzbudzamy sensację gabarytami naszych plecaków. Oczywiście są pytania skąd, gdzie i po co. Na informacje że naszym celem jest przejście przez Atsuntę pojawia sie lekkie zdziwienie.
Pod wieczór ok godz. 18 docieramy do Dartlo celu naszej dzisiejszej wędrówki. Widok jest niesamowity. Osada zagubiona na pustkowiu i wtopiona w zbocza doliny Alazani. Z tej odległości nie widać blachy falistej, solarów i innych współczesności. Widać jedynie egzotyczne dla nas "1000 letnie" wieże.

Dartlo






Kładka do Dartlo
Początkowo plan jest prosty rozbijamy się nad rzeką. Jednak silny wiatr, przypadłość Agnieszki i namolny typ spotkany na łące żądający od nas paszportów sprawiają że decydujemy się na hotel.

Guest House Prowadzą wspólnie 4 osoby, troje Gruzinów i Jedna Kazachka. Budynek Guest House przypomina troszkę nasze domy z kresów. Drewniane słupki i rzeźbione balustradki, kojarzą sie nieodparcie z architektórą kresów i Zakopanego.

Cena za nocleg jak na schronisko górskie nie jest wygórowana i w najtańszej wersji na sali dla 12 osób wynosi 20 GEL od osoby. Oprócz nas w Spatsemindzie niema nikogo. Wogóle całe Dartlo wygląda jak opuszczone. Snujemy sie "uliczkami" czyli na wpół zarośnietymi ścieżkami górskimi pomiedzy ciasno ustawionymi domami. Tylko w jednym znich spotykamy starszą Gruzinkę z małą dziewczynką.

Na dole w "luksusowych" warunkach mieszkają jeszcze Niemcy ze swoimi Gruzińskim przewodnikami. Podróżują wynajętą terenówką i następnego dnia wracają na niziny. Zaczyna mnie to troszkę żartem niepokoić, może o czymś nie wiemy, Południowa Osetia tuz tuż, może Ruscy się ruszyli? :) Nic to, gorąca kąpiel i towarzystwo wesołych Niemców przy kolacji rozwiewają moje wątpliwowści.

Aby dopełnić nasze szczęście okazuje się że nie przewidywana "kobieca przypadłość" Agnieszki to była reakcja organizmu na zmianę klimatu lub wysokości. Uff. kamień spadł mi z serca.

Kilka fotek z Dartlo.

Młoda Gruzinka sadzi kwiatki w doniczka aby choć trochę upiększyć surowe otoczenie.

Gondaar czyli macierzanka czyli nasza herbatka



Tam na szczycie to tez Guest House

Ruiny Kościoła i ZAZ;a



Kamienne dachy i solary, podobno zakładali je Czesi.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz