wtorek, 25 czerwca 2013

Dzień 1 Tbilisi, Mkheta,

Ma to być sprawdzian czy jako zgredki jeszcze możemy.........bawić się w trekking i backpacking :)

Długo się zbierałem do uzupełnienia tej części naszego bloga. Pierwotnym zamiarem było utworzenie całkiem nowej strony o zupełnie innym tytule. Jednak z powodu braku czasu i lekkiej sklerozy zrezygnowałem z tego zamiaru i postanowiłem utworzyć kolejną historyjkę na tym blogu.

Dzień 1

Wylatujemy z Warszawy z przesiadką w Monachium.


Lotnisko jak lotnisko, Lot jak lot. Ok 4 rano lądujemy w Tbilisi, przez okno w deszczu widać stary budynek portu z wielką gwiazdą na froncie. Na miejscu oczekuje na nas kierowca od Iriny który zawozi nas do hostelu. Lata minęły od kiedy ostatni raz nocowałem w takim miejscu. Na szczęście podróż jest zaplanowana i mamy wykupiony pokój dwu-osobowy. hehe. Pokój jest 8 - osobowy, z ta różnicą że mamy go tylko dla siebie. Sam hostel sprawia wrażenie czystego (co sie okazuje potem jest zgodne z prawdą). Bierzemy prysznic idziemy spać. Dziwi nas nie tyle gala flag co "ołtarzyk" z Polską flagą i zdjęciem Ś.P. Pary Prezydenckiej. Okazuję się że dzięki swoim działaniom polityk za którym większość z nas nie przepadała tutaj jest bohaterem narodowym.
Pobudka i szybki samotny wyskok po zakupy. Skręcam w stronę jak mi się wydaje centrum i przenoszę się w czasie. Sklepiki jak za komuny, dla tych co nie pamiętają to jak z naszych wsi tylko znacznie gorzej zaopatrzone. W oczy rzuca się bardzo skromne zaopatrzenie, mam ewidentne deja vu. Do rzeczywistości przywołują mnie klaksony i całkowity brak praw pieszego na drodze. Wyłazi zemnie globalista, brak znanych marek herbaty, kawy, kupuję jedynie pieczywo i jakieś owoce. Jak się potem okaże będzie to podstawa naszych śniadań i kolacji.

Ołtarzyk
Podczas śniadania poznajemy tajemniczego Georgia. Z początku podchmielony gość mnie drażni i irytuje swoją nadgorliwością niesienia pomocy, potem okazuje się skarbnica wiedzy o Tbilisi. Niestety raczkująca skleroza nie pozwoli mi na ich udostępnienie.
Po europejsko-gruzińskim śniadaniu za namową tajemniczego jegomościa wynajmujemy taksówkę za 40 GEL
i wyruszamy na zwiedzanie stolicy Gruzji. W planie...no właśnie co w planie...nasz przewodnik wie lepiej. Jeszcze nie zdajemy sobie sprawy że od tej chwili zaczyna się przygoda typu "niech się dzieje". 

Rozpoczynamy od starego miasta, kolejki linowej, twierdzy Narikala i wyśmienitej oranżady. Po drodze pomnik Matki Gruzji, kilka piwek dla Georgia i zapoznanie się z odpowiednikiem naszej karty miejskiej.





Centralny Skwer Tbilisi i podpaska :)
Dużym zaskoczeniem jest spora ilość współczesnej architektury wciśniętej pomiędzy zabytki. Budzi to mój lekki niesmak. Najlepszym tego przykładem jest nowoczesny most nad Mtkwari zwany przez Gruzinów "Podpaską".
Drzewo życzeń




Po południu jedziemy do Mcchety obejrzeć Katedrę Sweti Cchoweli ( w języku Gruzińskim oznacza to "Żyjący słup".Jej historia sięga IV wieku kiedy to Gruzja przyjęła chrześcijaństwo. Ok. 150 lat później powstaje w tym miejscu Bazylika, która z kolei zostaje zniszczona w wyniku trzęsień ziemi.

Katedra

Obecny kształt nadał jej w XI wieku gruziński architekt Arsukidze. Legenda głosi, że władca ,Jerzy II nakazał odciąć mu prawą rękę, aby już nigdy w życiu nie mógł stworzyć czegoś równie wspaniałego.Po katedrze oprowadzała nas przewodniczka ponoć znająca rosyjski, w praktyce trzaskała dziobem mieszanką gruzińsko-rosyjsko-angielską z przewagą super szybkiego gruzińskiego. Wbrew pozorom rozumieliśmy sporo, jesteśmy też pewni że Pani nauczyła się od nas kilku słów po polsku których tu przytaczał nie będę ponieważ powtarzałem je w chwilach "wyjątkowego wzruszenia"
Sama katedra robi wrażenie, gruziński ślub jaki tam sie wtedy odbywał też, jednak odbudowane w duchu disneya  "Stare Miasto"  jest ładne, lecz pozbawione klimatu.
 W drodze powrotnej odwiedziliśmy malowniczo położony kościół Dżwari (Jwari) zbudowany na przełomie VI i VII wieku. Kościół góruje nad okolicą, można z niego podziwiać Mcchetę leżącą w widłach rzeki Mtkwari.Po degustacji miejscowego wina (kwasiora jak oceniła Agnieszka) zakupiliśmy po pamiątkowej katolickiej bransoletce ruszyliśmy w drogę powrotną.Ponieważ byliśmy juz troszkę głodni zatrzymaliśmy się w jedej z przydrożnych restauracji, według naszego przewodnika nieznanej turystom a słynącej z wyjątkowo dobrej tradycyjnej kuchni.
Wszystko było dla nas nowe: zupa fasolowa, khinkali, chachapuri.....i wyśmienita lemoniada która będzie mi towarzyszyła już do końca pobytu.


Aga spija rosołek
Ciekawostką jest styl jazdy Gruzinów dla których jazda pod prąd i używanie klaksonu jest normą, a to wszystko z uśmiechem na ustach.

Ponieważ lokal mi się bardzo spodobał postanowiłem wykonać fotke szyldu mając nadzieję że czytający ten blog skorzystja z mojej
Jak się potem zorientowałem jest to reklama producenta wspomnianej lemoniady :), ot durny biały człowiek.
No ale kto odczyta ten "makaron"?
Specjalnie napisałem "makaron", bowiem według wyjątkowo złośliwej legendy został on stworzony przez Ormiańskiego mnicha Mesrop(a) Masztoc(a) autora alfabetu Ormiańskiego do którego Gruzini przyszli prosząc o stworzenie dla nich alfabetu. Ten w złości cisnął talerzem w którym był makaron krzycząc "to jest wasz alfabet" Tyle legenda. Inne przekazy przypisują ten fakt grupie ormiańskich mnichów oraz Parnawazowi, pierwszemu władcy Gruzji. Wracamy do hostelu kupując po drodze niewielki arbuz (ok 14kg), chyba na moja krzywdę. Jak się okazało dostąpiłem zaszczytu dźwigania go na III piętro do Iriny.












Namiary:
- Tbilisi
Quest House Irina Djaparidze
Ninoshvili str. Tbilisi 0112
tel. +995 599 111 669
E-mail: irina5062@gmail.com
Skype: ira_japaridze

Taxi Tbilisi
tel.( + 995) 555 617 177

Informacje praktyczne
Karta miejska - umożliwia przejazd komunikacja miejską na terenie Tbilisi. Jest na okaziciela. Z jednej karty może korzystać kilka osób jednocześnie.












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz