piątek, 12 lipca 2013

Sandały Source Classic

- X Strap Patent - specjalny system mocowania pasków opatentowany w USA
- EXC - wyściółka antywstrząsowa
- technologia A.R.T - odporne na ścieranie gumowe podeszwy o fakturze wspomagającej przyczepność.
- funkcja klapka (Slip on Option)
- automatyczne dostosowanie się podeszwy do kształtu stopy
- specjalny proces antybakteryjny zapobiega przykremu zapachowi i rozmnażaniu bakterii.
- klamry na krawędziach zabezpieczają system pasków
- szybkoschnące paski
- trzywarstwowa konstrukcja podeszwy
- gwarancja zielonego punktu (Green Dot Guarantee)
- ekologiczna torba do transportu

Technologia A.R.T - to oryginalne mieszanki najlepszych gum używanych przez Source, bardzo odporne na ścieranie. Podeszwa gwarantuje długotrwałą przyczepność oraz wentylację od strony stopy. Dodany środek antybakteryjny zapobiega powstawaniu przykrych zapachów - info ze strony producenta

Gwarancja zielonego punktu - na spodzie w okolicach 1/4 długości podeszwy od strony wewnętrznej patrząc od czubka sandała czyli tuż pod dużym palcem u nogi znajdują się zielone punkty. Dopóki są widoczne można oddać do naprawy w ramach gwarancji jednak nie dłużej niż 4 lata od zakupu - jak to wygląda w praktyce nie wiem. W moim przypadku po 4 sezonach użytkowania w jednym sandale nadal są resztki zielonego punktu, być może wpływa na to waga osobnika jaki nosi sandały, im cięższy tym szybciej się ściera.

Bardzo udany zakup, sprawdziły się doskonale podczas naszego wyjazdu do Gruzji. Obawialiśmy się trochę że ich spartańskie wykonanie takie jak brak wyściółki i sztywność podeszwy będą powodowały obtarcia. Nic takiego nie miało miejsca. Leżą na stopie jakby to były buty, a nie sandały. Dzięki trzywarstwowej twardej podeszwie doskonale sprawdzają się jako treki, dopasowują się do stopy, a specjalny środek jakim sa powleczone niweluje przykre zapachy. Nosząc je nie odczuwa się tak jak w innych tego typu produktach "latania" na stopie. Jedynym ich minusem jest waga. (Ocena 4+/5)

środa, 3 lipca 2013

Dzień 9, Kazbegi, dolina


Śniadanie.....nie wiemy co to jest, panuje lekka konsternacja. Być może to kuchnia regionalna.....dostaliśmy zupę...może to chikhirtma, nie wiem zup raczej nie jadam. Oprócz tego były tolma (rodzaj gołąbków w liściu winorośli) oraz adżapsandali (duszone bakłażany) i klika innych których nie rozpoznałem. Jestem raczej wybrednym typem i nie jadam nic co zawiera chwasty (natka z pietruszki, koperek oraz szczypior).
Jednak ciekawość zwycięża, mój wewnętrzny "Rabe" stwierdza że dwie ostatnie potrawy i placki są dla mnie "koszerne" :-) i te jem.....jednak moi współtowarzysze którzy troszke później siadają do stołu podbuntowani przez moja ukochaną Agnieszkę tak skutecznie kręcą nosami że........ Na stole lądują sosy knorra, kus kus z naszych żelaznych zapasów oraz kabanosy i...pasztet Krakusa.....ech globtrotterzy..... ;-). Oprócz tego pochłaniamy wszystkie pomidory, ogórki, paprykę i cały shoti. 


wtorek, 2 lipca 2013

Dzień 8, Jedziemy do Kazbegi

Ok 8 rano ruszamy na dworzec Didube, mamy stamtąd pojechać marszrutką do Kazbegi. Korzystamy jak zwykle z metra, bo jest szybciej, taniej i wśród ludzi.
Żeby nie idealizować mieszkańców. Czynnik ludzki występuję pod każda szerokością geograficzną. Tak samo tutaj, tłum nie pozwala na wysiąść z wagonu, starając sie za wszelką cenę do niego dostać. Nerwy mi puszczają. Jakież jest zdziwienie pewnego autochtona gdy zamiast znaleźć się w wagonie w ciągu sekundy przemieszcza sie w powietrzu o prawie 2 metry do tyłu. Nawet sie biedak nie zorientował że go po prostu wyniosłem z wagonu :).
Metro jest zatłoczone na maksa, to w końcu godziny szczytu. Po kwadransie jesteśmy na miejscu. Wyruszamy na poszukiwania transportu. Znajdujemy marszrutkę po krótkich targach stargujemy z 60 na 50 GEL za wszystkich czyli jak sie potem okazuje cenę prawie "urzędową". (nasza naiwność nie zna granic, lub jak po prostu nadal uczymy się tego kraju)
O czym nie wiemy i jesteśmy zachwyceni że nie czekamy na cały "komplet pasażerów". Dochodzi w sumie jeszcze tylko czwórka, czyli kierowca nie uzupełnia miejsc stojących. :)
Rondo Akaki Tsereteli przypomina żywcem ulice z Dubaju czy innych miejsc gdzie nie obowiązują przepisy. Kto pierwszy ten lepszy, u nas już dawno by się wszystko zesr...ło i korek byłby na pół miasta. Tu jakoś to idzie i to nawet sprawnie. Przed nami długa droga. Kierowca nazywa się Gia i całkiem nieźle grzeje szosą. Jak sie później okaże to mój ulubiony typ kierowcy. Ale o tym potem. Trasa prowadzi wzdłuż rzeki Aragvi co nie dziwi, bowiem jedziemy w kierunku Kaukazu i jest to naturalny szlak komunikacyjny. Szlak ten ma swoja nazwę, jest to Gruzińska Droga Wojenna.
Na temat Gruzińskiej Drogi Wojennej napisano wiele, więc nie będę się rozpisywał. Szlak znany był już w starożytności i był wykorzystywany do wędrówki przez Kaukaz. Wędrowały tędy kupieckie karawany, wojska i całe ludy. Swoja nazwę zawdzięcza Rosjanom. Nadali oni jej ta nazwę w XIX w. podczas wojen z Turcją. Po drodze mijamy Mcchetę (dawną stolicę Gruzji) oraz bazylikę Dżwari (Krzyż) z VI wieku. Kolejna duża atrakcja na szlaku jest twierdza Ananuri położona na sztucznym zalewem (jez. Żniwalskie) o









turkusowej wodzie. Dalej szosa wiedzie górskimi serpentynami przez Guduari (taka Białka Tatrzańska) na Przełęcz Krzyżową (2379 m.n.p.m.).
Tuz za nią jest taras widokowy przyozdobiony scenami z historii Gruzji. Po drodze mijamy żródła mineralne, które barwią skały na kolor rdzy. Znajduje sie też tutaj mini bazarek na którym można nabyć stroje regionalne i przysmaki takie jak czurczchele (tzw. Gruzińskie snickersy)





Przypominają ona długie sople. Są to nawleczone na nitkę orzechy laskowe zatopione w cieście, które powstaje z gęstego soku winogron, lub gozinaki (orzechy włoskie w miodzie) lub po prostu płaty suszonego soku z winogron. Pierwsze z wymienionych dań to wysoko-proteinowe uzupełnienie diety na szlaku używane od stuleci w tym regionie.  Po obfoceniu sie i próbie wytłumaczenia Gruzince jak uniwersalny jest Buff ruszamy dalej.




I jak to Gruzji bywa droga międzynarodowa okazuje sie na pewnym odcinku drogą gruntową i czynną tylko kilka miesięcy w roku. Co prawdopodobnie zmieni się od 2015 roku po ukończeniu kładzenia asfaltu. Po ok 4 godzinach ekscytującej podróży droga której właściwie niema lub jest w budowie, karkołomnych wyczynów Gia, łamaniu wszelkich zasad bezpiecznej jazdy przypominającej czasem jazdę kolejką górską docieramy do Stepancmindy (dawniej. Kazbegi ). To niewielkie miasteczko położone u stóp nieczynnego wulkanu jakim jest Kazbeg.

Niestety w chwili przyjazdu był on przesłonięty chmurami, w zamian widac było kościół Gergeti (Świętej Trójcy -Cminda Sameba ) z IV w. Jedyne zdjęcie Kazbeka jakie mam dostałem od kolegi Radka (Radku dziękuję) z którym podróżowaliśmy. Niestety krótką chwile na jaka szczyt wychylił się z poza chmur spędziłem na kiblu.


Jak zwykle staliśmy sie paczką przekazywana z rąk do rąk. Zostaliśmy zawiezieni do rodziny naszego kierowcy.
Po zakwaterowani i ustaleniu regularnej ceny  (25 GEL) Gia zaproponował nam podwózkę do Wąwozu Darialskiego (zwanego też Wrotami Iberii) gdzie znajduję sie ruiny Fortu Tamar (lub Tamary - legendarnej królowej Gruzji). Jakież było nasze zaskoczenie gdy zobaczyliśmy tam budowę kościoła. Niestety nie zanotowałem nazwy, a w sieci nie znalazłem nic na ten temat.



Podczas naszej tam wizyty doszło do wypadku, z dźwigu zerwał sie jeden z głazów z którego jest on budowany.Na szczęście nikt nie ucierpiał. Najwięksą jednak atrakcją i popularnością wśród naszej gromadki cieszyły sie sławojki stojące na kładce na potokiem Khde. Żródłem naszej radości był wododział, potok ten bowiem wpada do rzeki Tergi, a ona kilkaset metrów dalej wpływa na teren naszej "ukochanej" Federacji Rosyjskiej :). Była to więc okazja do prywatnej zemsty za syf jaki pozostawili żołnierze ZSRR nam w kraju. Co prawda nasze G....i jest raczej źródłem życia, jednak satysfakcja pozostała :).

Satysfakcja, satysfakcją, a przygoda przygodą. Okazało sie że nasze auto sie popsuły, nie wnikając w szczegóły nie chciało zapalić. Było juz późne popołudnie, a tu pusto turystów jak lekarstwo, czasem tylko jakiś TiR przemknie w kierunku Rosji. Mamy fart, sa turyści i jest marszrutka, jedziemy na sznurku. Fart się kończy razem z palącym sie sprzęgłem w holującym pojeździe. Zostajemy pośrodku.....niczego. Gia wpada na pomysł odpalenia Forda "z ruchu".


Niby nic dziwnego gdyby nie fakt że: nic nam o tym nie mówi, a samochód zaczyna sie staczać do tyłu po drodze gdzie z jednej strony jest ściana , a z drugiej urwisko. Strach, przerażenie...krzyk....i...przeciez tu jest zasięg sieci telefonicznej...Gia dzwoni po męza naszej gospodyni. Po ok 30 minutach jesteśmy juz na kwaterze.

Namiary:

Gia
Mob.Tel. +995 599 17 26 89

Guest House
Kazbegi
Nata Gudushari
Mob.tel. +995 598 305 103
Mito. Gudushari
Mob.Tel.  +995 599 981 539

poniedziałek, 1 lipca 2013

Dzień 7, Tbilisi, Uplistsikhe, Gori

Po sutej kolacji ok północy postanowiliśmy pójść spać. Tym razem już nie byliśmy sami, ok. 3 nad ranem podobnie jak my dojechały 2 młode Japonki. Rano pobudka, sute śniadanie złożone z melona, arbuza, papryki, chleba szoti, sera i ....kabanoso-parówko-frankfurterek których pewnie w kraju bym nie tknął. Tutaj jako zatwardziały mięsożerca się pokusiłem. To wszystko pod podłą herbatkę lub znacznie lepsze oranżady. Po śniadaniu cel... Uplistsikhe w Kartli Wewnętrznej. Za radą Iriny udaliśmy się metrem na dworzec Didube i tam szukaliśmy marszrutki. Okazało sie że nikt tam nie jeździ i że musimy wynająć całego busa. Po krótkich targach ustaliśmy cene na 120 GEL i w drogę...

 


Kierowca był młody i jak sie potem okazało znał drogę do Gori, za to dalej ni chu chu.W rezultacie zamiast 70 km drogą przez Mtskhetę i Akhaltsikhe pojechaliśmy troszkę na około przez rodzinne miasto Stalina robiąc 90 km w jedna stronę.




Zauważyłem zmieszanie naszego drivera nieznajomością trasy i zafundowałem mu lody :). Dotarło wtedy chyba do niego że niema sie czym przejmować i zaczął się zachowywać jak typowy Gruzin. Z zestresowanego młokosa stał sie wesołym rozgadanym gościem, wesoło pytającym o drogę napotkanych przechodniów. Po ok. 2 h jazdy dotarliśmy do Uplistsikhe. Okazało sie nasz Gruzin nie miał pojęcia że cos takiego w ogóle jest. To zupełnie jak u nas "cudze chwalicie, swego nie znacie"

W dole widać pozostałą część miasta

Dolina rzeki


Jak podają przewodniki jest to największe skalne miasto w Gruzji, według mnie nie do końca. Powinno być jest to największe miasto którego częścią było skalne miasto. Bowiem sam kompleks klasztorny wykuty w skale nie jest większy od Wardzi którą odwiedziliśmy później i to nie biorąc pod uwagę 2/3 które się osunęły. Wszystkie przewodniki pokazują tylka część wykuta w skałach, a przecież resta miasta znajduje si ep poniżej nad brzegiem rzeki





Uplistsikhe znaczy "Miejska Twierdza". Odnalezione początki osadnictwa w tym rejonie siegają paleolitu, jednak widoczna "gołym okiem" architektura to czasy rzymskie.
W okresie od VII do IX kiedy Gruzja stała sie Emiratem, a siedzibą Emira była Tblisi, Uplistsikhe stała się stolicą polityczną i siedziba króla.

 


Zwiedzając ruiny spotykamy niezliczoną ilość sporych jaszczurek które wdzięcznie nam pozują. Jesteśmy zachwyceni zarówno dorośli jak i dzieciaki, u nas czegoś takiego niema. Wykute w skale komnaty i korytarze często mające po kilkanaście metrów robią naprawdę wrażenie.




Jednym z takich korytarzy schodzimy na Mtkwari. Aga postanawia się ochłodzić w rzece, na nic moje ostrzeżenia że raczej się ubłoci........i wyszło na moje.....nie widziałem tego..widziałem za to swoja żonę po uda w szlamie starająca sie wygramolić na twardy grunt. Nie powiem wyglądała całkiem ponętnie w tych "kozaczkach" i mini. Tylko ten zaopach starego szlamu....może gdybym gustował w rusałkach...kto wie...ale tak zaproponowałem jedynie pomoc w doprowadzeniu sie do jako takiej czystości :)



Po drodze zwiedziliśmy jeszcze mini muzeum z historia tego miejsca i wróciliśmy do samochodu.