wtorek, 2 lipca 2013

Dzień 8, Jedziemy do Kazbegi

Ok 8 rano ruszamy na dworzec Didube, mamy stamtąd pojechać marszrutką do Kazbegi. Korzystamy jak zwykle z metra, bo jest szybciej, taniej i wśród ludzi.
Żeby nie idealizować mieszkańców. Czynnik ludzki występuję pod każda szerokością geograficzną. Tak samo tutaj, tłum nie pozwala na wysiąść z wagonu, starając sie za wszelką cenę do niego dostać. Nerwy mi puszczają. Jakież jest zdziwienie pewnego autochtona gdy zamiast znaleźć się w wagonie w ciągu sekundy przemieszcza sie w powietrzu o prawie 2 metry do tyłu. Nawet sie biedak nie zorientował że go po prostu wyniosłem z wagonu :).
Metro jest zatłoczone na maksa, to w końcu godziny szczytu. Po kwadransie jesteśmy na miejscu. Wyruszamy na poszukiwania transportu. Znajdujemy marszrutkę po krótkich targach stargujemy z 60 na 50 GEL za wszystkich czyli jak sie potem okazuje cenę prawie "urzędową". (nasza naiwność nie zna granic, lub jak po prostu nadal uczymy się tego kraju)
O czym nie wiemy i jesteśmy zachwyceni że nie czekamy na cały "komplet pasażerów". Dochodzi w sumie jeszcze tylko czwórka, czyli kierowca nie uzupełnia miejsc stojących. :)
Rondo Akaki Tsereteli przypomina żywcem ulice z Dubaju czy innych miejsc gdzie nie obowiązują przepisy. Kto pierwszy ten lepszy, u nas już dawno by się wszystko zesr...ło i korek byłby na pół miasta. Tu jakoś to idzie i to nawet sprawnie. Przed nami długa droga. Kierowca nazywa się Gia i całkiem nieźle grzeje szosą. Jak sie później okaże to mój ulubiony typ kierowcy. Ale o tym potem. Trasa prowadzi wzdłuż rzeki Aragvi co nie dziwi, bowiem jedziemy w kierunku Kaukazu i jest to naturalny szlak komunikacyjny. Szlak ten ma swoja nazwę, jest to Gruzińska Droga Wojenna.
Na temat Gruzińskiej Drogi Wojennej napisano wiele, więc nie będę się rozpisywał. Szlak znany był już w starożytności i był wykorzystywany do wędrówki przez Kaukaz. Wędrowały tędy kupieckie karawany, wojska i całe ludy. Swoja nazwę zawdzięcza Rosjanom. Nadali oni jej ta nazwę w XIX w. podczas wojen z Turcją. Po drodze mijamy Mcchetę (dawną stolicę Gruzji) oraz bazylikę Dżwari (Krzyż) z VI wieku. Kolejna duża atrakcja na szlaku jest twierdza Ananuri położona na sztucznym zalewem (jez. Żniwalskie) o









turkusowej wodzie. Dalej szosa wiedzie górskimi serpentynami przez Guduari (taka Białka Tatrzańska) na Przełęcz Krzyżową (2379 m.n.p.m.).
Tuz za nią jest taras widokowy przyozdobiony scenami z historii Gruzji. Po drodze mijamy żródła mineralne, które barwią skały na kolor rdzy. Znajduje sie też tutaj mini bazarek na którym można nabyć stroje regionalne i przysmaki takie jak czurczchele (tzw. Gruzińskie snickersy)





Przypominają ona długie sople. Są to nawleczone na nitkę orzechy laskowe zatopione w cieście, które powstaje z gęstego soku winogron, lub gozinaki (orzechy włoskie w miodzie) lub po prostu płaty suszonego soku z winogron. Pierwsze z wymienionych dań to wysoko-proteinowe uzupełnienie diety na szlaku używane od stuleci w tym regionie.  Po obfoceniu sie i próbie wytłumaczenia Gruzince jak uniwersalny jest Buff ruszamy dalej.




I jak to Gruzji bywa droga międzynarodowa okazuje sie na pewnym odcinku drogą gruntową i czynną tylko kilka miesięcy w roku. Co prawdopodobnie zmieni się od 2015 roku po ukończeniu kładzenia asfaltu. Po ok 4 godzinach ekscytującej podróży droga której właściwie niema lub jest w budowie, karkołomnych wyczynów Gia, łamaniu wszelkich zasad bezpiecznej jazdy przypominającej czasem jazdę kolejką górską docieramy do Stepancmindy (dawniej. Kazbegi ). To niewielkie miasteczko położone u stóp nieczynnego wulkanu jakim jest Kazbeg.

Niestety w chwili przyjazdu był on przesłonięty chmurami, w zamian widac było kościół Gergeti (Świętej Trójcy -Cminda Sameba ) z IV w. Jedyne zdjęcie Kazbeka jakie mam dostałem od kolegi Radka (Radku dziękuję) z którym podróżowaliśmy. Niestety krótką chwile na jaka szczyt wychylił się z poza chmur spędziłem na kiblu.


Jak zwykle staliśmy sie paczką przekazywana z rąk do rąk. Zostaliśmy zawiezieni do rodziny naszego kierowcy.
Po zakwaterowani i ustaleniu regularnej ceny  (25 GEL) Gia zaproponował nam podwózkę do Wąwozu Darialskiego (zwanego też Wrotami Iberii) gdzie znajduję sie ruiny Fortu Tamar (lub Tamary - legendarnej królowej Gruzji). Jakież było nasze zaskoczenie gdy zobaczyliśmy tam budowę kościoła. Niestety nie zanotowałem nazwy, a w sieci nie znalazłem nic na ten temat.



Podczas naszej tam wizyty doszło do wypadku, z dźwigu zerwał sie jeden z głazów z którego jest on budowany.Na szczęście nikt nie ucierpiał. Najwięksą jednak atrakcją i popularnością wśród naszej gromadki cieszyły sie sławojki stojące na kładce na potokiem Khde. Żródłem naszej radości był wododział, potok ten bowiem wpada do rzeki Tergi, a ona kilkaset metrów dalej wpływa na teren naszej "ukochanej" Federacji Rosyjskiej :). Była to więc okazja do prywatnej zemsty za syf jaki pozostawili żołnierze ZSRR nam w kraju. Co prawda nasze G....i jest raczej źródłem życia, jednak satysfakcja pozostała :).

Satysfakcja, satysfakcją, a przygoda przygodą. Okazało sie że nasze auto sie popsuły, nie wnikając w szczegóły nie chciało zapalić. Było juz późne popołudnie, a tu pusto turystów jak lekarstwo, czasem tylko jakiś TiR przemknie w kierunku Rosji. Mamy fart, sa turyści i jest marszrutka, jedziemy na sznurku. Fart się kończy razem z palącym sie sprzęgłem w holującym pojeździe. Zostajemy pośrodku.....niczego. Gia wpada na pomysł odpalenia Forda "z ruchu".


Niby nic dziwnego gdyby nie fakt że: nic nam o tym nie mówi, a samochód zaczyna sie staczać do tyłu po drodze gdzie z jednej strony jest ściana , a z drugiej urwisko. Strach, przerażenie...krzyk....i...przeciez tu jest zasięg sieci telefonicznej...Gia dzwoni po męza naszej gospodyni. Po ok 30 minutach jesteśmy juz na kwaterze.

Namiary:

Gia
Mob.Tel. +995 599 17 26 89

Guest House
Kazbegi
Nata Gudushari
Mob.tel. +995 598 305 103
Mito. Gudushari
Mob.Tel.  +995 599 981 539

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz