sobota, 7 września 2013

Wrześniowa Mała pętla.


Wołosate - Przeł. Goprowska - Halicz - Rozsypaniec - Wołosate.

To miała być lajtowa wycieczka z targetem na zrobienie zdjęć zachodu słońca. Do Wołosate dotarliśmy około 16. Dzieciaki czyli Ewelina, Kasia i Piotr nie idą, my z Agą ruszamy czerwonym szlakiem w kierunku Tarnicy. Niestety Aga jest osłabiona po krótkim śnie. Po ok. 15 minutach dochodzimy do wniosku że lepiej żeby wróciła.




Sam ruszam dalej tzw. "kurs galopkiem", podejście pod Krygowskiego jest męczące, no ale to najtrudniejszy odcinek na całym szlaku. Po niecałych 2h docieram na przeł. Goprowską (1160n.p.m.). mam juz zajawkę tego co będę dziś oglądał, kilka fotek i lecę dalej.





Pomimo silnego wiatru ściągam z siebie sweter i Rain Cuta  które założyłem na popasie. Wiem doskonale że przy swoim tempie błyskawicznie się rozgrzeję. Rezygnuję z wejścia na Tarnicę (1346), czasu nie mam za wiele. Wiem że i tak widoków mi nie zabraknie.






Dalej idę szlakiem GSB, widoki piękne, trawy o wysokości ponad metr złocą się w zachodzącym słońcu. Wydaje mi sie że jestem ostatnim turystą na szlaku, potem czekają mnie dwa spotkania. Po drodze pstrykam fotki pięknym o tej porze połonin. Na trawersie stoków Kopy Bukowskiej (1320) spotykam dwóch turystów idących tylko T-shirtach, nie wiem czy mieli czołówki, ale na pewno nie zdążyli przed zmrokiem, Nie zazdrościłem im. Oni będą schodzili spod Tarnicy po niezbyt wygodnym szlaku, ja po ciemku będę dmuchał szosą :)





Na Haliczy (1313) wieje jak diabli, jest po prostu zimno, zakładam wszystko co mam a i tak odczuwam dotkliwy chłód. Cóż to skutek nieprzyzwyczajenia organizmu do takich temperatur. Lato było wyjątkowo upalne, a tu jest poniżej 10C i silnie wieje. Kilka sweet foci, kilka innych i zmykam w kierunku Rozsypańca. słońce jest coraz niżej, fotki coraz ładniejsze.









Na Rozsypańcu (1280) spotykam ostatniego turystę, ten nie przemieszcza się w żadnym kierunku. Siedzi na wschodnim stoku i kontempluje. No właśnie co? Zagadnięty zdradza że tu zostaje, może to pożegnanie z GSB?
























Słońce już zaszło, a przede mną spory kawałek drogi powrotnej, co prawda szosą ale po ciemku. Idę szybko sporo hałasując. Po drodze spotykam kilka lisów, przecinający mi drogę samochód bez świateł. Przemytnicy, nielegalni emigranci , nie wiem. W krzakach cos porykuje mam nadzieje że to przeżuwacze a nie niedźwiedzie.

Po ok 5h od wyjścia z Wołosate docieram do zostawionego dla mnie przez Kasię Cinquecento. Co tu duzo gadać było fajnie, jestem doznaniowo spełniony i zmęczony. To był stary dobry "kurs galopek" jak za starych czasów w ZHP.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz