piątek, 28 lutego 2014

Zlot eNGieTu dzień 3

Chryste.....jak ta Aga chrapie.....kopnąłem raz, nie pomogło....kopnąłem drugi raz...z wyczuciem... żeby przestała i jednocześnie żeby sie nie obudziła...bo wtedy mnie kopnie...:(

Przestała....po 30 minutach..znowu ......kopnąłem...nie pomogło, zagadałem teatralnym szeptem..Agnieszka....pomogło ......6 rano...znowu...mam dość wstaję.... Mam mieszankę uczuć z jednej strony ciesze się że że żona się nie obudziła...z drugiej mi przykro...bo to nie ona tak zarzynała tylko Blatio :) Instynkt i dobre wychowanie bierze górę, głupio kopać gościa któremu się nie przedstawiłem......wychodzę.
Poranek jak to poranek w schronisku, kolejka do łazienki, tym bardziej że room serwis zaspał, śniadanko i ruszamy ....

 Do Wetliny, a potem na Połoninę Wetlińską w składzie...Warrad, Warradowa, Ewa, Aga, Trutenka i mua.
Samochody zostawiamy na Przełęczy Wyżnej i ruszamy z kapcia żółtym szlakiem w kierunku Chatki Puchatka. Podejście jest lajtowe, nawet Aga, choć z początku nauczona doświadczeniem jak wyglądają moje lajtowe traski, sceptyczna nie marudzi :). pogoda dopisuje, śnieg przyjemnie chrzęści pod nogami. po ok 1 h docieramy na miejsce.


Widoki są o wiele lepsze niż dnia poprzedniego, widać Rawki. :) I nie tylko.




Krótki odpoczynek w spartańskiej Chatce Puchatka oraz potrzeba w obrzydliwym klopie



i ruszamy fragmentem GSB w kierunku Brzegów Górnych.



Jest wesoło, nasza grupa jak to zawsze bywa nam się urywa, a "moje" dziewczyny w napadzie ataku głupawki urządzają sobie zawody bobslejowe.





Pogoda nas nie rozpieszcza, poczynając od przejaśnień i lekkiej zadymki na połoninie, szosą drepczemy w lekkim deszczu. To prawie koniec atrakcji na dziś, jeśli nie liczyć kolejnego wieczoru integracyjnego :).




czwartek, 27 lutego 2014

Zlot eNGieTu dzień 2

Tekst ten powstał w dniu 01-05-2015, trochę późno, ale lepiej późno niż wcale :)


Cała noc słyszymy akcje poszukiwawczą trójki turystów którzy się zgubili w tej okolicy, ok. 3 rano wszystko ucicha odnaleziono ich całych i zdrowych. Po nocy "przespanej na jachtowej koi" (moje wyrko odchyla się w każdą stronę po ok. 10cm), waląc sie kolejny raz o przeklęta pułeczkę, wstaję około 6, Wszyscy jeszcze smacznie kimają po wczorajszych ekscesach. Idę się umyć, w zimnej wodzie. Poznaję kilku futrzastych tubylców, jeden z nich zwalnia dla mnie fotel, można poczytać.


Pozostali mieszkańcy powoli budzą się do życia, o 8 śniadanie i małymi grupkami wyruszamy w góry. Pogoda taka sobie, brak szans na widoki. Kierunek Rawka i być może Kremenaros. Idziemy we troje Agnieszka, Ewa i mua. Na małą Rawkę prowadzi dość strome podejście, jest jednak bardzo krótkie i już po chwili doganiamy Bleysa i Edytę, a właściwie to oni na nas czekają.


Powolutku człapiemy w górę, Aga troszkę klnie pod nosem, marudzi coś że nigdy więcej gór, tylko morze i takie tam.......
Na Rawce zonk, tak jak się spodziewałem brak widoków, zima w pełni. Spotykamy wracających Warrada z Moniką. Ostrzegają nas o bardzo silnym wietrze na odcinku pomiędzy Rawkami. podobno jest tak silny że przewraca ludzi. Radek ponadto narzeka na swoje letnie spodnie, puszczają wiatr jak gaza.


 Tym bardziej jesteśmy zadowoleni z naszej odzieży, a ja szczególnie ze swoich nowych spodni Quechua warm. Sprawdzają się znakomicie. Cóż zobaczymy, to dopiero początek wycieczki, jeszcze nie wiem jaką decyzje podejmie reszta grupy, ja na pewno nie mam zamiaru wracać. I tu zaskoczenie, wszyscy idą dalej, Najmilej zaskakuje mnie Agnieszka która się wręcz uśmiecha. Ech, kto zrozumie kobietę. Po drodze cały czas towarzyszy nam silny wiatr, widoczność to kilkanaście metrów, kilka razy gubię szlak, a Agnieszka idąca za mną gubi mnie. Czyli jest przygoda, jest fun, po to są góry. Jest też niebezpiecznie, Warunki sa fatalne, Bleys ze względu na kontuzję zawraca razem z Edytą. My kierujemy się zielonym szlakiem w dół w kierunku Ustrzyk Górnych. Schodzimy po zawietrznej stronie, Wiatr wściekle wieje nad naszymi głowami, ale do nas juz nie dociera, Widoczność wzrasta do kilkuset metrów. I mogłoby być pięknie i lajtowo.........gdyby nie śnieg o głębokości ok 80 cm w który się zapadamy.
Czyli przygody ciąg dalszy. mozolnie schodzimy ze szczytu, na szczęście zaspy kończą sie mniej więcej w połowie buczyny. Ze śladów wnioskuje że przez ten śnieg brnęły przed nami tylko dwie osoby. Nie wiem jak Ewa, ale Aga chyba błogosławi wmuszone jej przeze mnie stuptuty, a ja z kolei haczyk na nogawce w moich nowych gatkach. Dzięki niemu spodnie nie podjeżdżają mi do góry i nie mam w nich śniegu. Zatrzymując sie jedynie na herbatkę w szałasie, gonimy uciekająca Ewę po ok 2h docieramy do szosy. Kierunek UG na michę. Osada wygląda na wymarła widzimy tylko otwarty spożywczak przy przystanku PKS i otwarta restaurację "Pod Caryńską". Wystrój całkiem przyjemny, menu tez zapowiada się obiecująco. Niestety po otrzymaniu zamówienia wielkie rozczarowanie. Mój Palcek po zbójnicku i Ewy placek po zbójnicku to dwa różne dania. Jej waży ok 250g mój...tak ze 100? Obydwa pływają w takiej ilości  tłuszczu jakiej nie zjadłem przez ostatni miesiąc. Aga jest w lepszej sytuacji zamówiła zupę i golonkę.....zupa letnia a golonka w środku to zmarzlina. Haha...ta knajpa to jakaś pomyłka, a dobre opinie to chyba sami kumotrzy zamieszczają!!


Zjadamy co się do tego nadaje i wracamy, po drodze mijamy parę którą pytaliśmy o drogę,  śmiejąc się opowiadamy im o naszym niefarcie......ich opinia jest taka jak nasza, podobno jedli coś czego nazwy nie zapamiętałem....co tez im nie smakowało. Jak na złość sklep w którym chcieliśmy coś zakupić już zamknięty. Liczymy więc na to co mamy w naszych zapasach......i jak się potem okaże....nie tylko to. Styguś dzięki za te wszystkie pyszności, nie wiem czy wiesz ale w tym dniu przerwałem dietę. :)

I kto u diabła upiekł ten pyszny chlebek?


Przed nami kilku kilometrowy marsz szosą, Humory dopisują, dziewczyny maja parcie na wokal.....dziękuje wam bardzo :).

Wokal Aga i Ewa, kamera jewrioszka, aplauz też jewrioszka

Zmrok zapada, asfalt nie jest fajny...łapiemy okazję .... i dobrze....zamęczylibyśmy się.
A w Bacówce wrze.....jak w ulu....nasz zlot zajął prawie całe schronisko, ci z poza naszego grona śpią na glebie.






Wieczorem impreza......opowieści dziwnej treści, w końcu mam okazje poznać kilka osób znanych mi tylko z forum.

Generalnie jest git :). Czeka nas jeszcze przeprowadzka, Ewa zostaje z PRS-em, jego kolega i koleżanką na parterze. My z Agą przenosimy się do piątki.

Nie wszystkich kojarzę, ale: Blatio, Leśna, Yatzek, Styguś, Sebastaian CK, Warrad, Monika Warradowa, Botx, Edyta, Doczu, ....miło was poznać.

środa, 26 lutego 2014

Zlot eNGieTu

Nadszedł czas, czas na mały przerywnik od codzienności. Z Agą i dopiero co poznaną Ewą ruszamy na nasz pierwszy zlot NGT. Spotykamy sie w czersku na stacji paliw. I...miłe zaskoczenie, Ewa funduje nam luksusowy przejazd. Droga jak droga, oprócz tego że byliśmy kontrolowani 3 razy przez SG nic więcej się  nie wydarzyło. No bo co miało się wydarzyć, skoro jedziemy i "macamy się" , badamy i obwąchujemy, gadamy jak ciotki (mohery) przy herbatce? Bon Ton cała gębą, bułkę przez bibułkę itd, itp.



Na miejsce docieramy ok 24, parkujemy na parkingu, przed nami jeszcze 20 minut marszu, tak podaje przewodnik, jednak głęboki i częściowo  zbity śnieg utrudnia marsz. Co chwila ktoś z nas się zapada, co dziwne, niosąc dwa plecaki (jeden z trzech Ewy) zapadam się najmniej, moje "płetwy" czynią cuda. Poza tym idziemy na "czuja" Ewa gna do przodu napędzana 3 piwami. :) , co chwila słyszymy jej okrzyki.  Na szczęście po ok. 30 minutach docieramy do Bacówki pod Małą Rawką. I dobrze bo Aga już zaczęła marudzić. :)



Fot. Ewa Jadach

W progu wita nas PRS, rozdzielamy się na pokoje, Aga i Ewa zostają na parterze, a ja zostaje ulokowany w zbiorówce z chłopakami z eNGieTu. Niektóre facjaty widzę po raz pierwszy, poznaję w końcu Izę, Botixa, Sebastiana ck, Stygusia i wielu innych, znanych tylko z wpisów na forum, nie wszystkich zapamiętałem. Jest jedno kojo nad Botixem. Pod moim ciężarem skrzypi niemożebnie, zaniepokojony jestem ja, Iza i Botix, którego opuszcza cały animusz (na krótko). Wyrko a odchylenia od pionu ok 10 cm. Troszkę mędzimy i idziemy spać, o dziwo nikt w nocy nie jest mordowany i nie rzęzi. Gdyby nie półeczka o która wale głową przewracając się z boku na bok byłoby ok.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Ferrino Sintesi 1

Ferrino Sintesi 1 Purple / Grey.


Namiot jedno-powłokowy Ultra Light Waga ok. 900g
Wymiary po spakowaniu - 14 x 30 cm
Wymiary użytkowe (szer. x wys. x dług.) - 100 x 80 x 235
Ilość osób - 1 

Cechy:
  • Pojedyncza ściana namiotu Ripstop 50D 3000mm słupa wody powleczona poliestrem z moskitiera w srodku.
  • Podłoga z wodoodpornego poliestru (3000mm) wykończona FR
  • Klejone szwy na powłoce i podłodze.
  • Trzy maszty z duraluminium w różnych kolorach dla łatwiejszego montażu.
Jeden maszt z durauluminium, pozostałe dwa małe maszty wszyte na stałe (słupki Exernal).
  • Słupki Exernal
  • Szpilki Exagon aluminium
  • Moskitiera w wejściu do sypialni
  • Otwór wentylacyjny ( z przodu namiotu)
  • Kieszenie na drobiazgi
  • Haczyk na lampkę
  • Worek do pakowania
  • Zestaw naprawczy
  • Materiały powleczone FR spełniają dobrowolny standard tkanin niepalnych CPAI-84


Geneza zakupu.

Po którejś z kolei „trekkingowej wyprawie” która z powodu nadmiernie obciążonych kolan przerodziła się w backpacking lub nagle zakończyła stwierdziłem że należy odchudzić sprzęt. Jednym z elementów mających znaczący wpływ na ciężar dźwigany na plecach jest namiot. Dodatkowo planowane przejście GSB połączone ze wstrętem do sypiania tam gdzie pełno ludzi wzbudziło we mnie potrzebę zakupu ultra lekkiego namiotu. Poszukiwałem lekkiego niedrogiego i jednocześnie "markowego" produktu. W Decathlonie ekspedient pokazał mi oprócz T2 namiot nieznanej mi marki Ferrino przypominający widziane już przeze mnie konstrukcje w kształcie trumny. Po przejrzeniu ofert kilku producentów których namioty przypominały najczęściej sarkofagi (Coleman Rigel x2) lub ćwiartki pomarańczy (MSR Hubba Bubba) mój wybór padł na Ferrino Sintesi 1. Dlaczego? Z przekory :), no i jest purpurowy nie zielony, bo nic o nim w Polsce nie wiadomo, bo waży poniżej 1000g
 

Zastanawiałem się nad modelami

  • Coleman Rigel , który jest bardzo podobny i przypomina trumnę, na pokrywie której może zbierać się woda i śnieg  co nie budzi mojego zaufania.
  • MSR Hubba. który posiada przedsionek i nie wymaga szpilenia do podłoża, waży 1,3 kg i w którym można usiąść.
  • Wygrał Ferrino Sintesi 1 person ze względu na cenę i wagę, brak przedsionka i płaszczyzny na której mogą zbierać się opady. Brak absydy nadrabia długością. Ma to jeszcze jeden plus, nie będe musiał chcąc dostać sie do plecaka otwierać moskitiery i wpuszczać komary.Tak przypuszczałem dokonując zakupu.
Pierwsze wrażenia.


Komplet
Ferrino Sintesi 1 zapakowany jest w dość obszerny worek. W środku znajdujemy:

  • Namiot obwiązany taśmą
  • Zestaw naprawczy (łaty + tulejka)
  • 8 szpilek w kolorze metaliczno pomarańczowym.
  • Maszt aluminiowy






Zestaw naprawczy

Wrażenie ogólne
Sintesi ma kolor dokładnie purpurowy, niektórym to przeszkadza, mnie osobiście nie. Ma mi służyć na wypady, a nie do maskowania się w lesie. Poza tym z doświadczenia wiem że takiego maleństwa nie widać z kilkunastu metrów. Jest naprawdę mały wygląda jak przyklejony do ziemi. Pierwsze rozłożenie zajmuje dosłownie 2-3 minuty i nie stanowi problemu dla nikogo kto kiedykolwiek miał do czynienia ze współczesnym namiotem.



Konstrukcja 
Oprócz głównego masztu (napinającego) mającego formę pałąka w nogach namiotu znajdują się dwa mini maszty wszyte na stałe (zamiast jednego widocznego na firmowych zdjęciach).  Mają one na celu otrzymać tę część powłoki na ziemią. To co rzuca się w oczy to podklejone szwy. Materiał z jakiego jest wykonana powłoka to dwu warstwowy  RipStop. Podłoga to lekko prześwitujący materiał nie budzący mojego zaufania.
Ferrino i plecak
Z boku Ferrino Sintesi 1 ma dość obszerne wejście na ok 2/3 długości i całej wysokości, dzięki temu wejście do niego dla sporego gościa o moich wymiarach (182cm, 90kg) nie stanowi większego problemu. W wejściu oprócz zamknięcia namiotu znajdziemy także moskitierę zamykaną na dwa dwu-biegowe zamki błyskawiczne. Płachta wejścia posiada jeden zamek  jednobiegowy  biegnący z góry na dół.

Wygoda.

W środku trochę ciasno i nisko w nogach. Gość o większym numerze buta tutaj na plecach nie poleży :). Przez silne zwężenie niższej części namiotu nie mieści się tam karimata, powoduje to jej wywinięcie na jego ściany. Prawdopodobnie materace Ultra Light które są węższe od mojej Quechua mieszczą sie w nim bez problemu. Zastanawiam się na jej przycięciem, skorzystam na wadze :)
Brak  miejsca na spakowany plecak, no ale przy samotnej wędrówce F&L i tak większość gratów w plecaku to akcesoria biwakowe i pojedyncze sztuki odzieży. Mieszczą się  one be większych trudności w centralnej części namiotu gdzie jest on szeroki na 100cm. Nadal jednak pozostaje sam plecak, jeśli jest bez stelaża to zrolowany i owinięty np. polarem będzie służył za poduszkę, gorzej gdy tak jak mój Osprey ma usztywnione plecy.

Też sie zmieści jednak sporo tracimy na komforcie snu. Nie możemy wykorzystać symbolicznej absydy na którą tak liczyłem zamawiając ten Sintesi 1, ponieważ zwęża się ona pod ostrym kątem do przodu namiotu w kierunku szpilki naciągowej.



Elementy wyposażenia

Haczyk i otwór wentylacyjny
W środku znajdziemy niewielką kieszonkę na drobiazgi usytuowaną dokładnie po przeciwnej stronie od wejścia oraz haczyk pod sufitem przy otworze wentylacyjnym. Podłoga jest lekko przeźroczysta, ale na teście wody (1h) nie przemokła. Tak samo 15 minutowe polewanie wodą (taki mały test na zlewę) nie przyniósł żadnych przemoknięć.

Odporność na deszcz.

Korzystając z aury i ulewnych deszczy jakie nawiedziły nas w dniach 16/17 maja 2014 rozbiłem namiot w ogrodzie, włożyłem do środka kilka przedmiotów dociskających podłogę do gruntu. Po dwóch dnia testów zauważyłem że Ferrino Sintesi 1 bez problemów wytrzymuje długotrwały (4h) opad deszczu o bardzo dużym natężeniu oraz silny półgodzinna ulewną burzę na granicy oberwania chmury. Powłoka namiotu oraz podłoga pomimo lekkich widocznych przebarwień nie przecieka. Podłogę sprawdziłem przy pomocy rozłożonej na podłodze pod naciskiem ligniny która była całkowicie sucha. Zaznaczam że nacisk nie może być przyrównywany do leżącego człowieka. Po dwóch dniach w narożnikach w których jest mocowany główny maszt pojawiła się woda w ilość ok. 5ml na każdy z nich. Prawdopododbnie to wykroplona para wodna.
STOP.
Prawdopodobnie wiem skąd jest, to nie podłoga puszcza wodę, to powłoka namiotu dziś po nocnej burzy ok kiedy to spadło ok 100l/m2 a krople były wyjątkowo duże tak że miałem wrażenie że to grad uderza w okna dachowe, namiot był mokry od spodu i to właśnie ta woda spłynęła do najniższych partii Sintesi. Wniosek jaki mi się  nasuwa jest taki, że ten namiocik można spokojnie stosować przy niewielkich opadach. Długotrwałe i intensywne opady spowoduje jego zawilgocenie od sapodu. Wspomniana burza była zjawiskiem wyjątkowo intensywnym których sie raczej nie spotyka.

Reszta testu na GSB, w każdym razie pod podłogą będzie lądowało poncho Quechua, tak na wszelki wypadek.

Jak niektórzy zauważyli pełny test się nie odbył z powodów zawodowych

Jednak kilka nocek w nim spędzilem, poniżej skrót wrażeń z użytkowania Ferrino Sintesi 1 Person

Plusy
  • Waga
  • Łatwość montażu
  • wytrzymałość mechaniczna (wytrzymał atak balistyczny 30 kg owczarka niemieckiego)
  • odporność na wiatr pod warnukiem umocowania trzech odciągów
  • odpornośc na deszcz
Minusy
  • zbyt ciasny  dla osób powyżej 170cm
  • mocne nachylenie wejścia powoduje ze podczas deszczu do środka na pewno napada.