czwartek, 30 października 2014

Spacer w liściach

6:30 Pakuję plecak do samochodu z zamiarem krótkiego wypadu do w okolice Kazimierza. Jestem tam umówiony na spacer z Beatą. Doskonałą rozmówczynią i słuchaczką. Oboje lubimy długie spacery i rozmowy. Poza tym jeden ważny dla nas wspólny temat z przed lat.  Już na starcie plany ulegają zmianie, Ivo melduje się w bagażniku, po krótkiej dyskusji ulegam sile jego argumentów. Oba gamonie jadą ze mną.


Po drodze zabieram Beatę. Do Kazimierza docieramy ok.9 rano. Po drodze ustalamy że sam Kazimierz jest dla nas be i że po prostu idziemy poszurać w liściach. Cel pierwszy Albrechtówka i panorama Wisły z Mięćmierzem u stóp. Okazuje się moja towarzyszka podobnie do mnie, nie przepada za utartymi szlakami. Jest inicjatorką trawersu ściany kamieniołomów. Ścieżka biegnie ok 15m nad dnem wyrobiska i jest oszroniona, do tego plączący się pod nogami i nieskoordynowany Ivo powodują że nie jest zbyt bezpiecznie. Znam masę osób które w tym miejscu podniosłyby krzyk, nas to bawi. Dalej truchtami jarem wzdłuż niebieskiego szlaku, nigdy tu nie byłem.


Po drodze niespodzianka ... ruiny....prawdopodobnie jakiejś willi zbudowanej z miejscowego wapienia. Kolejna niespodzianka to hotel w którym kiedyś gościłem,  nieczynny i wystawiony nasprzedaż.

Po niecałej godzinie docieramy na wapienną skarpę z której roztacza się urzekająca panorama Wisły z leżącą u stóp wsią Mięćmierz i stojącym na przeciwległym stoku wiatrakiem. To nasz kolejny cel. Niestety niesforny Ivo nie pozwala nam na zwiedzenie wsi. To byłaby katorga.

Spotkanego atochtona pytamy jak dość do wiatraka. Pan grzecznie nam wskazuje drogę, jednak jego odpowiedź wzbogacona jest o dziwny i raczej niepochlebny komentarz na jego temat. Między sobą komentujemy że to chyba dlatego że nie weszliśmy do gospody :) i nie strzeliliśmy po browarku.


Wychodzimy ze wsi, spuszczam gamonie i ...zonk...spotykamy pana z taczką i dwoma małymi psami. Przyjazny Ivo i Erin stęsknione zabawy natychmiast ruszają w ich kierunku. Finał jest taki że biedne psiaki dają nogę, a biedny właściciel musi ich szukać. No cóż może mają złe doświadczenia.


Przed młynem zamknięta brama, jednak ogrodzenia brak. Powoli z pewną dozą nieśmiałości wchodzimy na posesję. Wygląda na zamieszkaną, lecz gospodarzy nigdzie nie widać. Ośmieleni ciszą rozglądając się za kotami podchodzimy pod "Trzy serca". Trzeba przyznać że robi wrażenie bardzo dobrym stanem technicznym. Zauważam tabliczkę teren prywatny i kawiarnia. To dobrze, upewnia mnie to że nie naruszamy czyjejś prywatności i że tak ma być.


Nieśpiesznie wracamy? Powolutku nigdzie się nie śpiesząc idziemy polna drogą, wchodzimy w las. Cały czas żartując i śmiejąc się wybieramy leśne ścieżki na chybił trafił, czasem wybierają je psy. Zataczając pętlę trafiamy ponownie na Albrechtówkę. Stąd już kilkanaście minut i jesteśmy przy samochodzie. Niema jeszcze południa, wracać szkoda, Kazimierz nas nie interesuje. Ciekawe czy prom jeszcze pływa, może by tak do Janowca na drugi brzeg?



Kierunek Janowiec. Na drugim brzegu orientuje sie że nie mam telefonu, musiał mi wypaść na murku nad Wisłą. Czekamy na powrót promu, krótka rozmowa z "kapitanem" i mamy dwa kursy gratis. :-) . Beata się śmieje że nigdy nie płynęła promem , a dzięki mojemu "pechowi" dzisiaj wyrobiła limit za kilka lat. Na promie odbieram telefon, widzę przyjazne spojrzenia obsługi i słyszę.."dobrze że Pan znalazł ten telefon" ... ostatnio coraz rzadziej spotykana życzliwość.

Janowiec, zamek jak zamek....snują się damy w bieli i Panowie Młodzi. Robią pamiątkowe zdjęcia z okazji ślubu. Zastanawiamy się po co to , jakieś dziwne pozy, leżenie na trawie, wspólny samolocik jak reklamy LOT-u z lat 70-tych. Ech takie to tandetne i kiczowate. Widać całkowity brak pomysłu. Cóż, bawi nas bardzo. Psy wyjątkowo zostają w samochodzie, dostajemy bezpłatne bilety na zwiedzanie zamku, które upoważniają nas także do zwiedzenia dworku i skansenu.

Dworek częściowo zajmuje "Solidarność" , natomiast szumna wystawa etnograficzna to skansen, z eksponatami które sami pamiętamy z dzieciństwa. Takie jak" maselnica, grabie z drewna. Sa też takie których po prostu nie spotkaliśmy bo spotkać nie mogliśmy.
Flisacy koniec XX wieku. (szkutnictwo-basonia.cba.pl)

Szkuta do przewozu bydła z 1992 roku.
 Moje refleksje budzą fotografie przedstawiające całe rodziny z bydłem na tratwach (promach). Okazuje się że jeszcze w latach 80-tych ubiegłego wieku  tymi łodziami napędzanymi za pomocą wiosłami pychowymi  ludzie z obu stron przeprawiali sie przez rzekę. Przewozili w ten sposób bydło, siano, drewno. Życie nad brzegiem rzeki kwitło, a rzeka nie dzieliła lecz ich łączyła. Szkoda tych czasów, tych ludzi i tej prostoty.


Nachodzi mnie refleksja, może ci "marynarze" z promu to "dziedzice" dawnych mieszkańców, stąd zrozumienie i życzliwość jaką mnie obdarzyli?

Czas wracać, jeszcze tylko kawa i ciacho w Kozienicach i się żegnamy. Do następnego razu.
Beata dziękuję za wspaniały dzień, nie pamiętam kiedy ostatnio z kimś tak szczerze rozmawiałem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz