sobota, 23 lipca 2016

Szlak Orlich Gniazd

Zaczynamy w Krakowie w którym następnego dnia maja się rozpocząc Światowe Dni Młodzieży.



Ja na swoim Crossie, Dorota na swoim Uni Bike'u Viper Zobaczymy jak się sprawdzą w terenie. .
Początki są trudne, cały czas szosą i pod górę. Jedni wjeżdżają inni pchają :P
                                       

W morderczym upale gubiąc kilka razy czerwony szlak rowerowy docieramy do Ojcowa. Osada położona jest w malenkiej dolince i otoczona skałami. Krajobraz jak z bajki.
Polecam pstrąga wędzonego na ciepło z ich własnych stawów.



Czas nas goni, zapada zmrok. Czas szukac miejsca pod namiot. W tym celu opuszczamy Park Narodowy i rozbijamy sie......no własnie dopiero rano widzimy gdzie :) 


sobota, 4 czerwca 2016

Norwegia, Sandnes, Lauvik, Kjerag, dzień 2

6 rano...nocka zawalona....nie było jej...a właściwie ...może była...tylko...jakaś taka....inna....cztero godzinny zmierzch przeszedł płynie w świt. Wstałem jako pierwszy i zabrałem się za rozpalanie ognia....nie jest łatwo, wszystko mokre od rosy. Walczę z nim z pół godziny. W międzyczasie wstaje Paulina i Karolina. Druga z nich mi pomaga, Paulina biega i ćwiczy. Ma dziewczyna zdrowie.



Powoli z namiotów wypełzają pozostali, czas poznać kolejne imiona...skaczę na głęboką wodę...biorę na klatę trzy.... Ania, Karolina i Kamil , to już taki wiek :P.

Przed wyruszeniem intensywna dyskusja...co pierwsze..... . Oczywiście mielę ozorem, że nam na Preikestolenie nie zależy, a jeśli już tak bardzo chcą na skalna półkę to i tak lepiej zacząć od dalej położonego Kjeragu. Stary i głupi, dopiero po tym dowiaduje się że część ich załogi wraca następnego dnia do Polski. Ostatecznie zapada decyzja o podziale ekipy. Kamil i Karolina ruszają na Preikestolen, reszta drużyny po podzieleniu się na grupy stopem kieruje się Kjerag gdzie mamy punkt zborny na parkingu.


Razem z Dorotą próbujemy złapać stopa na przystanku Kolumbusa w Sandbakk. Jednak jedynymi osobami jakie reaguja na nasze machanie to Właściciel rozbitej na przystanku przyczepy i ktos z naszych znajomych w czerwonym busie. Po kilku nieudanych próbach dochodzimy do wniosku że łatwiej będzie łapać stopa na autostradzie , szybko jednak zmieniamy zamiar i łapiemy stopa jak "zagubiony" turysta ok 200 m przed wioską.
Okazja trafia się praktycznie od razu, Jedziemy do Høle. Po drodze zgarniamy z rozjazdu Paulinę i Mantasa i wysiadamy przy Ryfylkeveien  w Høle przy zjeździe Bersakelveiven.




Ok 200m  w kierunku Lauvvik znajdujemy coś w rodzaju opuszczonego domu kultury. Wspominam o nim bo być może ktoś skorzysta z noclegu.


Akurat trwa występ.


Pogoda jest wspaniała, nieśpiesznie idziemy skrajem bardzo wąskiej szosy wzdłuż jeziora Eikelivatnet, potem wzdłuż Hølefjorden. Maleńkie norweskie domki czasem wręcz stoją w ulicy.

Nauczeni doświadczeniem z uzupełniamy zapasy wody żałując że nie mamy naszego "Sawyera". Chwilę potem jedna z dziewczyn zatrzymuje przesympatyczną starszą parę Norwegów. Tego się nie spodziewaliśmy, starsza para nie zastanawiając zbytnio wpakowała cała naszą czwórkę na tylną kanapę i spytała chcemy jechać drogą nową czy ładniejszą :).


Nasza odpowiedź mogła być tylko jedna. Po drodze dowiedzieliśmy się że do Lysebothen pływają dwa promy komunikacyjny: szybki  Norled w cenie ok 100 NOK. i turystyczny w cenie 300 NOK.
W związku z uzyskanymi informacjami decydujemy się na egzotyczna dla nas podróż promem przez cały Lysefjord do samego Lysebothn.


Na przystani promowej w Lauvik "Czeski film" nikt nic nie wie. Jeden prom nam ucieka, ale zaraz wraca. To wahadłowiec łączący dwa odcinki drogi nr. 13 (Lauvik - Oanes) wzdłuż której poruszamy się od samego rana. Na promie kolejne rozczarowanie którą jest informacja że nie dopłyniemy w żaden sposób do Forsand skąd mamy połączenie do Lysebothn. Poza tym Mantas otrzymuje info od Jaśka i Izy że wracają z Oltedal którędy i my mamy jechać. Informacje nie są dobre. Droga jest zalana. Na nasze szczęście jesteśmy nadal na promie. Iza targuje dla nas powrót za free. W drodze powrotnej do "portu macierzystego" dyskutujemy nad cała sytuacją. Do dyskusji przyłącza się motocyklista w naszym języku. Informuje nas że na Kjerag leży śnieg.  Informacja nas zaskakuje, tego sie nie spodziewaliśmy, choć powinniśmy. W naszych tatrach tez leży śnieg. Nie jesteśmy przygotowani na zimowe warunki.

 

Szczęście nas jednak nie opuszcza. Znów słyszymy po polsku.....jedziecie na Szjerag? Odpowiadamy że na Kjerag....łysy chudy gość uśmiecha się mówi że to to samo i że może zabrać dwoje z nas. Troszkę na siłę, jednak zgodnie z prawdą oznajmiam że najlepiej żeby zabrał mnie i Dorotę ponieważ ja wcale nie szprecham po angielsku, a Dorota też bez rewelacji. Nasi dobrodzieje to mieszkający w Norwegii Polak (Michał) i jego polscy goście Joanna i Paweł.


Nie śpieszy nam się, więc Michał funduje nam wycieczkę krajoznawczą. Po drodze odwiedzamy Byrkjedal i usypisko największych głazów w Europie, jeden wodospad i jeden pomijamy za względy na dość długie dojście do niego. Droga wiedzie malowniczą doliną z porozrzucanym gdzie nie gdzie małymi osiedlami małych domków. Nasz kierowca opowiada że kiedyś tu była duża bieda. Co ciekawe nie widziałem w Norwegii dużych domów nawet w mieście. Te które teraz mijamy mają często wymiary naszych domków letniskowych z charakterystycznym dla regiony trawiastymi dachami.


Jak widać mieszkańcy tej krainy nie zachłysnęli się dobrobytem, nie wyznają naszej słowiańskiej zasady "zastaw się, a postaw się". Nadal cenią sobie skromność i minimalizm wypracowany przez wieki. A może się mylę? Może to względy czysto praktyczne?


W okresie zimy warstwa śniegu często dochodzi do 6 metrów!!!! Mrozy tez sa tu tęgie. Może więc chodzi także o oszczędność energetyczną? To ę kwestię pozastawiam sobie otwarta i podziwiam przez okno wodospady spadające z okolicznych wzgórz i zielone dachy mijanych chatek hobbitów. Szybko pniemy się w górę, zieleń ustępuje miejsca śniegowi, a krajobraz zmienia się z idyllicznego na równie piękny ale surowy przypominający bardziej Spittsbergen.

W końcu jesteśmy u celu w Øygardstøl. Znajduje się tu parking, informacja turystyczna i zabójcza dla naszych kieszeni restauracja w której hamburger kosztuje 179 NOK!!!!. Nasza sytuacja przypomina trochę epokę odkryć od XV do połowy XX wieku. "Ekspedycja" jest podzielona na kilka mniejszych grup. Dowcip polega na tym że nic o sobie nie wiemy, ja nie mam zasięgu z pozostałymi. Część z nich jest bez zapasów ponieważ zabierając sie z Michałem zabraliśmy plecak Mantasa oraz matę i śpiwór Pauliny. Typowy pat.

Michał sprawia nam jeszcze dwie przysługi.
Pierwsza to podwozi nas do Lysebotn żebyśmy sprawdzili o której mamy promy. Gada z Norwegami w ich języku. Znamy już godziny w jakich odpływa prom do Stavanger.


Druga to kartusz z gazem, którego nie mogliśmy przywieźć samolotem. Qrde, co my byśmy bez niego zrobili.

Szosa z Øygardstøl do Lysebothn schodzi ok 800 metrów w dół do poziomu morza i przebiega przez tunel o długości około 1,5 km. Pomimo tego że jest oświetlony , idąc pieszo zalecam latarki dla własnego bezpieczeństwa. Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy wejściem na szlak do Kjeragbolten znajduje sie nieduży wodospad i jeziorko w którym można się wykapać.


Ograniczyłem się do zejścia w jego pobliże przy okazji nalewając sobie wody do butów ze strugi która spadała wzdłuż stopni skalnych.




Naszych nowych znajomych zaczyna gonić czas, rozstajemy się, co prawda nie na długo ale i tak życzymy sobie powodzenia. Zostajemy na parkingu i czekamy na resztę ekipy. W międzyczasie ładuje telefon. Ech..gdybym wiedział że za 2 godziny padnie mi bateria w aparacie. Nie czekamy długo. Po ok. 40 minutach widzimy roześmiane mordki Ani, Izy i Jaśka. Dziewczyny lecą umyć głowy, a my wyciągamy nasze biedronkowe orzeszki na wagę. Znikają momentalnie, tak samo jak kabanosy którymi nas od wczoraj częstują.

Po kolejnych 30 minutach jesteśmy w komplecie, jeszcze tylko sesja fotograficzna i tuptamy w górę.
Szlaki w Norwegii sa oznaczone w poniższy sposób.




Naładowani kaloriami dość szybko pokonujemy pierwsze wzniesienie i ............. zatyka mnie. Przede mną w dole widać zieloną kotlinę. Wygląda bajkowo z kilkoma wijącymi się strumieniami i soczystą trawą, dla kontrastu nad nią widać płachty śniegu. W dolince przechodzimy przez kilka mostków i mijamy kilka namiotów. zżera mnie "zazdrość" miejsce jest bardzo urokliwe.


Góry są inne od tych które znamy, prawie jednolite masy skalne, ze spękana gdzieniegdzie powierzchnią. Brak wyraźnej ścieżki. Ludzie chodzą jak chcą, powierzchnia jest mocno chropowata. Zwiększa to znacznie przyczepność, prawdopodobnie podczas deszczu jest ona bardzo dobra.


Nigdzie niema śladów wyślizganej skały jak na naszych szlakach. Pomimo to Norwedzy na podejściu założyli coś w rodzaju poręczówek. Ułatwiają one zapewne wchodzenie mniej doświadczonym turystom. Szlak na pewnych odcinka przypomina asfalt z czasów komuny, brak tez ostrych krawędzi. Wszystkie te czynniki oraz krótki dystans powodują że tak naprawdę niema potrzeby na tym odcinku stosowania sztywnego obuwia.


Po przejściu kotlinki znów pniemy sie w górę, ten odcinek jest łatwy i przyjemny, a ponieważ złapaliśmy oddech nie sprawia problemów nam i innym mnie wprawnym.

Mój Little Kjerag :P
Potem jak to w górach bywa znów w dół. Trasa robi się "ambitniejsza", łańcuchy są już nie tylko po to by służyły jako poręcze, służą do zejścia w kolejną mikroskopijną dolinkę wejścia na kolejne przewyższenie. I to na razie koniec górskiej trasy. Jesteśmy na plateau, rozpościera sie stąd przepiękny widok na 4 strony świata. W końcu nie tylko widzimy,a le i przechodzimy przez płachty śniegu. Na pierwszej obowiązkowe "orzełki". Ubaw po pachy, jesteśmy mocno rozgrzani, a śnieg lodowaty w związku z tym drzemy się wniebogłosy.


Jaśkowi szwankuje plecak, zostawiamy więc młodzież i idziemy dalej i tak nas dogonią. Poruszamy się rozległym płaskowyżem upstrzonym porozrzucanymi kamieniami. Oczywiście spotykamy naszych dobrodziei. Michała i spółkę. Są zachwyceni. Zamieniamy kilka słów i lecimy dalej. W pewnym momencie słyszymy krzyki..."Help, help!"....rozglądamy sie i widzimy że w naszym kierunku biegnie jakaś postać, za nim nieśpiesznie idzie jeszcze trzech. Dobiega zziajany do nas, to hindus, jest spanikowany. Najwidoczniej zgubili z kolegami szlak. Łamaną angielszczyzną pyta o nas o kierunek. Wskazujemy mu czerwone znaki w kształcie litery T na kamieniach.

Dochodzimy do szlako wskazu ze wskazaniem na mały fajrant, tym bardziej że widać już resztę załogi. Nieśpiesznie się rozglądamy i niespodzianka ....do Kjeragbolten jest ok 5 min. Niewiele brakowało abyśmy go minęli. Tutaj uwaga. Idąc od wspomnianego szlako wskazu zgodnie ze wskazanym kierunkiem należy za szczeliną ( po ok. 100 m) skręcić w prawo i poruszać się wzdłuż niej.
Lodospad koło Kjerag, zachód w promieniach zachodzącego słońca 

Lodospad koło Kjerag, zachód w promieniach wschodzącego słońca 
Moim skromnym zdaniem głaz nie robi takiego wrażenia jak na fotach, większe wrażenie zrobiła na mnie przepaść i widok wodospadu w promieniach zachodzącego słońca. Oczywiście obowiązkowa sejsa fotograficzna. pech chciał że jakiś czas temu wyczerpała mi się bateria w aparacie i foty trzaskam starym Canonem i telefonem. Co z tego wyszło oceńcie sami.


Pomimo próśb część z nas nie godzi się na rozbicie obozowiska przy samym urwisku. Powodów jest kilka , jednym z nich...szum lodospadu...:P. Rozbijamy się więc na płaskowyżu i jak zwykle słowiańskim obyczajem czekamy na noc......a tej znów niema.....Dobranoc





piątek, 3 czerwca 2016

Norwegia - Stavanger - dzień 1

Lutowa noc ok. 23:45.... wysyłam SMS..., "śpisz?" Po ok 10 minutach dostaje odpowiedź...."Nie, a co jest?"............. "Są tanie bilety do kupienia, po 138 PLN-ów" Dalej rozmowa przechodzi na inne platformy komunikacyjne i kończy się zakupem 2 sztuk biletów na trasie Szczecin - Stravanger - Szczecin.

Mija prawie pół roku.....jak z bicza strzelił.....zero przygotowań, zero konkretnego planu, zero żarcia....bo kupimy na miejscu. Jedyne co zrobione z głową to zakup namiotu za 63 PLN którego nie szkoda będzie wyrzucić na kontroli lotniskowej. 
Na lotnisku jesteśmy o czasie, mamy mały i duży bagaż podręczny, w dużym jest namiot za 63 PLN, włożony po przekątnej tak aby zmieścić jego 64 cm w wymiarze 52 cm. Jeszcze tylko ostatnia kompresja bagażu podręcznego i przechodzimy przez kontrolę. Dreszczyk "grozy"... przejdą maszty czy nie przejdą....uff przeszły...juuupii!!!!!  Mamy pod czym kimać. 



Już w samolocie poznajemy kilka sympatycznych osób, jak się potem okaże...... skazujemy Ich i siebie na wzajemne towarzystwo na następne dni :). Nasz plan, dostać się na Kjerag (Szierag) w pierwszej kolejności, a potem jeśli czas pozwoli na Preikestolen. Młodzi odwrotnie...... zaczynamy ich przekonywać że nasza opcja jest lepsza. Zacząć jak najdalej i potem zbliżać się do lotniska. Temat pozostaje otwarty. Pierwszy pomysł jest taki.
Wynajmujemy dwa samochody na 9 osób i w ten sposób dostać się w okolice Kjerag. Na lotnisku samochodów brak, podobno są w Sandnes. Wsiadamy w linię 9 i za jedyne ok. 60 NOK pd osoby. wysiadamy w centrum wszędzie wokół nacje zupełnie nie Norweskie. Dziewczyny wypytują taksówkarza (hindusa) o wypożyczalnię, okazuje się że czegoś takiego tu niema. Po zakupach w  REMA 1000. wydając  ok 115 NOK nabywamy: 2 wody 1,5l, puszkę sardynek 150g i 1 chleb.


Powoli zapada wieczór jest po 20-tej. Trzeba rozejrzeć się za noclegiem. Mając w pamięci że w Norwegii można rozbijać namiot w odległości min. 150 od zabudowań z centrum kierujemy się drogą 45 w kierunku widocznych na mapie jeziorek za miastem. Po drodze zaglądam jeszcze na stację Statoil w poszukiwaniu kartusza z gazem. Akurat zabrakło, mogą być na innej stacji...4km w przeciwnym kierunku...dziękuję...nie skorzystam. 




Skręcamy w prawo wzdłuż ogrodzenia jakiegoś obiektu wojskowego.....i zonk, droga jest ślepa a na jej końcu znajduje się boisko do siatkówki. Nic to.....rozkładamy biwak na wąskim pasie pomiędzy elektrycznym pastuchem, a boiskiem do siatkówki. W pobliżu płynie rzeczka, jednak jej woda nie budzi naszego zaufania, może gdybyśmy mieli filtry...ale tak....zostaje nam tylko słony "Staffel".


Rozpalamy małe ognisko, mocno ograniczone dwoma kamieniami które służą nam do postawienia menażki i uczymy się kolejnych dwóch imion naszych nowych przyjaciół. Janka i Izę już pamiętamy, teraz podobno ma być trudniej. Kolej na Paulinę i Mantasa. Mantas "wchodzi" mi najłatwiej ( w pamięć) z Pauliną mam problem :P W międzyczasie Kamil udoskonala patent Doroty z pieczeniem kabanosów, zamieniając patyki na szpilki od namiotów. Tym samym robi nam wprawkę w ich rozkładaniu na skałach.
Paulina ma problem, jej pożyczony chiński namiot ma również chiński system słupków. W celu jego rozłożenia zwołujemy plenum. Dorota znajduje tajemnicze talerzyki, rozkładamy i składamy jeszcze raz. Uff konstrukcja stoi, podobno dwu-osobowa. Chyba dla chińczyków.


Noc zapada długo.....qrcze...ona tu w ogóle nie zapada.....o 24:00  jest zaledwie zmierzch.....zmuszamy się do snu.



czwartek, 19 maja 2016

GSI OUTDOORS INFINITY BACKPACKER MUG



to nowoczesny kubek termiczny wykonany z polipropylenu. Materiał ten nie chłonie zapachu ani smaku.


Infinity Backpacker Mug
  • Materiał: polipropylen
  • Izolowane pokrycie zewnętrzne
  • Szczelna pokrywka
  • Składane ''uszko'' do zawieszania kubka
  • Wygodny zamykany ustnik
  • Wysokość: 11,7 cm
  • Średnica: 9,5 cm
  • Pojemność: 480 ml
  • Waga: 99 g
  • Antypoślizgowy spód

Geneza zakupu

Moje oczekiwania dotyczące idealnego dla mnie kubka na przestrzeni lat znacznie się zmieniły. Do tej pory korzystałem z ultra lekkiego blaszaka typu Quechua / Esbit oraz kubko termosu Contigo West Loop o wadze 300 g. Jedynymi pozytywnym cechami tego pierwszego była lekkość i plastikowy rant który nie powodował oparzeń ust. Niestety gorący płyn już po kilku minutach był letni. Drugi sprawdza się idealnie w samochodzie podczas długich przejazdów, jednak ze względu na wagę i bardzo wąski wlew nie za bardzo nadaje się pod namiot.

Poszukiwałem więc lekkiego termicznego kubka, a nie ciężkiego kubko-termosu. Czyli czegoś bardziej w stylu Kubka Fjord Nansen Eksjo niż posiadanego Contigo West Loop.

Wybór tego typu kubków na rynku jest niewielki więc po krótkich poszukiwaniach mój wybór padł na GSI OUTDOORS INFINITY BACKPACKER MUG. Spełnia on chyba wszystkie priorytety. Ponadto urzekła mnie jego prostota. Można by rzec że na tle "arcydzieł" jakimi zachęcają nas producenci jest wręcz toporny co akurat uważam za jego zalety zarówno w kwestii wyglądu jak i użyteczności.

 
GSI INFINITY BACKPACKER MUG rozłożony na części

Zalety
  • stabilność: szeroka antypoślizgowa podstawa oraz proporcjonalna do niej wysokość powodują że nawet pełny kubek ma nisko położony środek ciężkości. Bez problemu stoi na każdej nawierzchni,na trawie, na pochyłym kamieniu. Nawet tej poddanej ruchowi.np. pokłady sprzętów pływających czy stolik w pociągu.
  • pojemność: 480 ml. pozwala na wypicie dużej porannej kawy i zalanie tam zupki lub kaszy w wymaganejj ilości
  • izolacja termiczna: w mojej opinii jest wystarczająca, po 30 minutach przy temperaturze zewnętrznej  ok. 8C wrzątek miał 68 C. Pozwala to na nieśpieszne wypicie gorącego napoju np. podczas porannej kontemplacji widoków :)
  • brak uchwytu. Konkretnie brak sztywnego uchwytu, dzięki czemu łatwiej go spakować.
  • szeroki wlew i dno pozwalają na bezproblemowe umycie naczynia.
  • Materiałowe ucho, co prawda do trzymania to średnio się nadaje, ale do zawieszenia na zewnatrz plecaka idealnie.
  • niska waga, 107 g według mojej wagi


Minusy.

Jak do tej pory znaczących nie znalazłem. Może to że osłona jest podatna na zabrudzenia i że się lekko nagrzewa. Przez co nie trzyma temperatury jak kubko-termosy, ale nie tego szukałem. Jest to kompromis pomiędzy wypaśnymi ciężkimi kubko-termosami o wadze ok 300 g, a minimalistycznymi metalowcami o wadze od 70 g.
Niektórzy za minus mogą uznać nie zakręcana pokrywę,  ale to nie jest kubek do noszenia w plecaku z płynem, do tego są termosy.*



Reasumując uważam zakup za udany w cenie 38 PLN stałem się posiadaczem produktu który spełnił prawie wszystkie moje wymagania.

*Kubek kilkakrotnie mi sie przewrócił, pokrywka pozostała na miejscu. Po nalaniu "wrzątku" otworzyć otwór do picia, jeśli tego nie zrobicie ciśnienie ją wypchnie.

wtorek, 3 maja 2016

Pikuj , dzień 5

Jest nieźle. To co "spało" razem z nami wyschło. Gorzej z tym co pod tropikiem i na zewnątrz. Improwizujemy z suszarnią na kijkach trekkingowych. Plecaki są mokre całkowicie. Humory mamy nie najgorsze. Ruszamy ok. 10, nie jest z nami zgredami chyba tak źle, nie widać "naszych ukraińskich przyjaciół" czyżby zaspali? Nieważne. Ruszamy w kierunku Pikuja, Jarek idzie granią  Połoniny Bukowskiej, my z Dorotą trawersujemy ją po stronie wschodniej. Na krótkim odcinku idziemy osobno. Po kilku minutach gubiąc szlak trawersujemy ją dołem we troje, nie wiem co gorsze, czy mozolny marsz grzbietem. Na szczęście droga prowadzi nas na wprost na przełęcz pod Pikujem.


Jarecki chyba jedzie na dopalaczach, ja się w końcu przyznaję Dorocie do towarzyszącego mi od początku wyrypy bólu po prawej stronie tuz pod żebrami. Nie mam pojęcia co to jest, wiem za to jak silny to ból, zaczyna być tak dokuczliwy że zmusza mnie do coraz częstszych odpoczynków. Martwię się że nie dam rady i że będę obciążeniem dla swoich towarzyszy podróży. Uświadamia mi to jaką głupotę popełniliśmy nie wykupując ubezpieczenia. Generalnie daliśmy ciała na całej długości :). Nie mamy mapy, zapomniałem aparatu, nie wykupiliśmy ubezpieczenia.



Tylko czy to naprawdę jest tak ważne? Ważne jest to że jesteśmy tu gdzie jesteśmy, że mamy dobre humory pomimo permanentnego wiatru i opadów przez ponad połowę wyrypy. 

Wyjątkowo "szybko" docieramy na przełęcz, Jarek już na nas czeka. My zostajemy żeby odpocząć w "bunkrze"  czyli sporej niecce usypanej z kamieni. Po kilku minutach zmykamy z tamtąd, wiatr wieje coraz bardziej. Ruszamy na szczyt na który docieramy po ok 5-10 minutach. Stoi tu betonowy obelisk, pomazany "grafiti", cóż cywilizacja i chęć pozostawienia po sobie śladu dla potomnych jest widocznie nie do przezwyciężenia.


Na szczycie dmucha, łapiemy oddech i ruszamy w kierunku w kierunku...no własnie sam już nie wiem......Miałem tak dość bólu, że nie zastanawiałem się nad kolorem szlaku. Teraz pisząc ten tekst i patrząc na mapę która do nas dotarła kilka dni po powrocie wiem że poszliśmy szlakiem żółtym.


Szlak tuz za szczytem ginie wśród skał i jagód. Dorota i Jarek idą przodem, sam wlokę się za nimi, jednak moja dolegliwość każe mi się zatrzymać. Siadam na kamieniu i łapiąc oddech czekam, nie trwa to długo może 5-10 minut. wystarczyło jednak aby ich zgubić. Nie mam wyjścia ruszam za nimi. Gdzieś w oddali zauważam ruch olbrzymiego zielonego plecaka, to Jarek, ok. nie są tak daleko.


Po kilku minutach zauważam czekająca na mnie Dorotę. Dalej idziemy juz sami, droga jest mozolna i niebezpieczna, schodzimy najpierw po dużych głazach, potem po mniejszych pokrytych podszytem.



Nie widzimy czy to kamienie czy szczelina pomiędzy nimi. Łatwo źle stanąć, a wtedy nogę prawdopodobnie szlak trafi. Czas mija, nie wiemy ile to trwało, choc to tylko kilkaset metrów, zajmuje nam to ok godziny, jeszcze tylko wysokie na metr pola jałowca i wychodzimy na jakąś uprawę, w tym samym czasie dogania na Jarek. Zauważył nas dzięki niebieskiej bluzie Doroty i mojemu pomarańczowemu buffowi. Jestem troszkę zły, nie gubi sie z oczu pozostałych członków wyprawy w miejscu gdzie tak łatwo o zgubienie się i wypadek. Cóż docieramy się, komunikuje im o tym i na tym kończę.

Przystajemy na propozycje Jarka i schodzimy w kierunku Błasowicy. Po ok 1-2h docieramy do cywilizacji, od razu trafiamy na sklep spożywczy. Kupujemy ichnią Colę, bo innej niema i ruszamy do szosy mając nadzieję złapać marszrutkę do Stryja lub Lwowa.



Kiwamy kilka minut, nikt sie nie zatrzymuje choć jedzie masa busów z samym kierowcą. Cóz takie los autostopowicza, Dorota pyta dwóch kobiet o której najbliższa marszrutka. W odpowiedzi słyszy, że dzis juz nie będzie. Co robić......ano to samo co do tej pory kiwać stopa.:)

Wystawiamy Wykałaczkę na wabia, niech macha...drobna blondynka na pewno kogoś skusi. Minuta!!!! Tyle trwało łapanie stopa, zatrzymuje się TIR, może zabrać tylko jedną osobę do Stryja, ekspediujemy Jarosława.

Sami bezskutecznie kiwamy jeszcze z kwadrans wzbudzając śmiech u Ukrainek po drugiej stronie, one nie machają , po prostu wystawiają rękę i tyle. Odjeżdają jako pierwsze w przeciwnym kierunku.

A kolo nas zatrzymuję się.....rejsowy autobus do Lwowa!!!! Nówka sztuka nie śmigana. Bilet jest drogi od osoby kosztuje 70 HR, mamy tylko 112HR...... Niema problemu, zapłacicie we Lwowie :).
Wysyłam SMS do Jarka że jedziemy do Lwowa.
Z trasy rezerwujemy miejsce Hostelu dla 3 osób,

Po półtorej godziny jazdy prawie w tym samym czasie spotykamy się hostelu. Recepcjonstka jest zrozpaczona...jak to?.....To niemożliwe!!!!! Nie ma żadnej rezerwacji...miejsca oczywiście są.

Okazuje się że hostel w którym kimaliśmy, to nie był hostel z listy otrzymanej w informacji, trafiłem nie tam gdzie trzeba....więc i rezerwację zrobiliśmy gdzie indziej :).....tak to jest posłać mnie gdziekolwiek w obcym mieście.....

Wieczór jest ładny, ruszamy ponownie w miasto, tym razem celem jest jakaś paszodajnia, na celownik bierzemy "Lampę naftową"...niestety dopadła ją globalizacja. W menu nic ciekawego, a ceny z kosmosu. Kolejne kroki kierujemy do pierogarni której nazwy nie pomnę po drodze zachaczając o "Kopalnię Kawy".

W knajpce królują kuchnie czterech krajów: Włoska, Armeńska, Gruzińska i Ukraińska. Zamawiamy Wareniki i Kinkhali. Na kolana nie powalają. Powala nas za to coś innego. Zamaszysty "paw" wykonany przez spasionego brytola z poczwórnym podbródkiem.

Lekko zniesmaczeni wracamy tramwajem i w nim wychodzi z nas prowincja, widać to nawet we wzroku jednego z Ukraińców.....co za ciemna masa..nie potrafią obsłużyć kasownika :). Otuchy dodaje nam Pani z torebką z Kopalni Kawy...wymieniamy porozumiewcze spojrzenia i od razu nam lepiej.

Jeszcze tylko wieczorny wypad na stare miasto i spać.



poniedziałek, 2 maja 2016

Dzień 4, Pasmo Pikuja.

Powoli otwieram jedno oko……drugiego mi się nie chce…..już wiem, jest mokro, zimno i niemiło. Zwlekamy się ok. 7:30 nieśpiesznie robimy śniadanie. Tym razem odpalamy kabanosy, do tego kuskus z gorącym kubkiem i kawa…zabarwiona delikatnym bukietem kisielu żurawinowego :) ….jest dobra. Słoneczko zaczyna przebijać się przez mgły, wywalamy na namiot śpiwory w celu ich przewietrzenia. Ok 10 ruszamy w dalszą drogę. Cel….. Pikuj i dalej. Po drodze mijamy spalone połacie i połonin. Zastanawiamy się, czy pożar był przypadkowy, czy po prostu miejscowi wypalają góry. W końcu dochodzimy do płonących traw. Wygląda to na świadome podpalenie. Przechodzimy przez gryzący dym. Oglądamy się jeszcze, żeby popatrzeć na pożar i pogorzelisko. Smutny to widok, być może ma jakiś cel….my znamy tylko ten fałszywy z Polski pokutujący przez wiele lat.


Kończy nam się woda, coraz bardziej nerwowo rozglądamy się za jej źródłem. Nie wiem czy wspominałem, przed wyjazdem z polski nie udało nam się nabyć map, które po prostu nie dotarły do księgarni na czas. Jako taką orientację w terenie mamy dzięki aplikacji „Maps Me” która ma jedynie zaznaczone szczyty i ścieżki. Wędrówka jest więc w miarę prosta, choć zdarza nam się zboczyć ze szlaku.
 Przed Starostyną zauważamy bujne pole kaczeńców, moją uwagę przykuwa bardziej zielona wstążka biegnąca z tego miejsca w dół…hura…jest woda…… Kłopoty z wodą na szlaku tak naprawdę towarzyszyły nam prawie cały czas, życie ratował nam filtr. Wybierającym się w ten rejon polecam mapę ukraińskiego wydawnictwa ACCA (assa) są na niej zaznaczone źródła których jak się okazuje mijaliśmy całkiem sporo, szczególnie na opisywanym odcinku. Wystarczy napisać że pomiędzy Starostyną i Prypirem jest ich aż siedem!!! Wbrew obiegowej opinii, moim zdaniem na trasie nie brakuje wody, trzeba mieć tylko mapę i uzupełniać jej zapas zarówno w organizmie jak i pojemnikach na odcinki gdzie brak źródeł. Następne źródło według mapy jest na stokach Pikuja.




Po drodze spotykamy trzy dziewczyn z Podkarpacia, one już wracają z Pikuja lub idą w przeciwnym kierunku, nie dopytaliśmy. Mówią nam o kolejny źródle przy ruinach polskiego schroniska, niestety jak się później okazało ominiemy je dość szeroki łukiem.


Maszerujemy troszkę jak zombie, jesteśmy lekko odwodnieni i głodni, szukamy dogodnego miejsca na popas. Czas na herbatkę. W międzyczasie docieramy do przełęczy Ruskyi Put, jet tu kilka miejsc po ogniskach, jednak wiatr jest zbyt silny. Szukamy dalej, idąc w kierunku Wielkiego Wierchu lekko odbijamy na południe i…jest…skalny nawis osłania stok przed wiatrem, jest tam kilka kamieni na których możemy się rozłożyć. Jest tez chrust, powodowani niczym nie uzasadniona oszczędnością rozpalamy ognisko. Kończymy kabanosy, dojadamy kolejny kisiel. W międzyczasie po raz kolejny mijają nas nasi ukraińscy przyjaciele.  Nie chce nam się iść dalej. Jest cichutko, pod stopami mamy malownicza dolinę z wijąca się szosą i wioskami: Kichernyj, Pierekresnyj i Bukowiec.



Za Wielkim Wierchem widać już Pikuj, nabieramy sił i tuptamy z zamiarem zdobycia tego szczytu. Po drodze mijamy znajomych Ukraińców i jakąs rozbrykana grupę o bliżej niekreślonej narodowości. Mijamy to lekki eufemizm, znajdują się w sporej odległości od nas i poniżej. Jak się później orientuję rozłożyli się w pobliżu ruin wspomnianego schroniska, którego my będziemy bezskutecznie szukać.

Lecimy dalej, na szczycie Ostrego Wierchu idziemy po niesamowicie zdegradowanym poszyciu, to skutki wypalania, niema tu nawet chrustu jagodowego. Jest tylko czarna i spękana gleba. Bardzo smutny widok. Zaczyna mocniej wiać, zaczyna tez kropić deszcz, a my z uporem maniaka nadal szukamy schroniska.

Deszcz pada coraz mocniej, robi się ciemno choć to dopiero 18? Niema co się łudzić, jesteśmy zmarznięci, przemoczeni i zmęczeni i Pikuju możemy w dniu dzisiejszym jedynie pomarzyć. Naszym priorytetem jest w tej chwili znalezienie w miarę płaskiego miejsca pod namiot.

Znajdujemy takie tuz za Nondagiem. Maleńki skrawek tuz przy gęstej ścianie karłowatej buczyny. Teraz leje już pełna parą, nie widać okolicznych szczytów. Jesteśmy wszyscy mokrzy, Dorota pomimo tego że ma ceratowe gacie to ich sierota nie założyła. Mam wrażenie że moje letnie spodnie są prawie suche. Nic bardzie mylnego, tyle tylko że w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób nie wychładzają mi organizmu. Może dlatego że sa osłonięte przez poncho i nie mokną od deszczu tylko od wilgoci? Do namiotu wchodzimy pojedynczo, pierwsza Dorota, rozpakowuje swój i mój sprzęt, my mokniemy nadal i tak nam wszystko jedno, Jarecki ma gorzej, niema nawet poncho, cała woda z kurtki spływa mu na buty.

Pakujemy się do wilgotnych śpiworów, herbatka, kaszka z gorący kubkiem i…..spac nie jest jeszcze wcześnie…..

Naszych uszu dochodzi ciężki marszowy krok, ocho idą znajomi Ukraińcy…i tu niespodzianka….owszem Ukraińcy, ale nie „nasi” tylko ojciec z dwójką młodzieży. Pytają nas o wodę, nie za bardzo potrafimy pomóc, maja przedruk starej mapy wojskowej , prawdopodobnie WIG. Zajduję na niej ruiny i wskazują to miejsce mówie że tam jest źródło. Pytam tez czy maja jeszcze wodę, najwyżej zrezygnujemy z jednej herbatki. Grzecznie dziękuję, maja jeszcze litr. Jest ok. Proszę mnie o dane na FB i się żegnamy.

Reszta wieczoru mija nam na snuciu „opowieści dziwnej treści”

Dzień poprzedni
Dzień następny