sobota, 30 stycznia 2016

Wyrypa na Diablak - Diablak- dzień 3

Sobota.


Start Schronisko Markowe Szczawiny 1188 m.n.p.m.
Godzina 4:05, wszyscy już na nogach. Grażyna jako niedysponowana z powodu kolana, robi nam kanapki, to jej ochotniczy wkład w wyrypę. Schodze na dół do kuchni turystycznej, a tam normalno….gleba trzy osoby koczują. Nie zapalamy z Piotrem światła, niech jeszcze łapią sen. 

Mam dylemat zakładać ceraty czy nie. Ostatecznie ide w samych spodniach trekkingowych i bluzie Montano. Reszta czyli Softshell i polar 100 lądują w plecaku. Na czachę i szyję zakładam nowiutkie dopiero co odebranie buffy NGT Made in Pajak. Jak się okazuje to strzał w 10, na dość ostrym podejściu na przełęcz Brona 1408 n.p.m. jestem suchy, nic po mnie nie ścieka. Tutaj przepraszam się z Soft Shellem ponieważ wieje jakby się setka chłopów powiesiła.



Od samego schroniska poruszamy się czerwonym szlakiem to część GSB który mam nadzieje w tym roku przejść. Z Brony skręcamy na wschód przed nami brzask, jak napisał klasyk… „zasłania nam go jakaś Babia”. Trzeba się śpieszyć wrzucam bieg terenowy o lekko wysuwam się naprzód. Kilku-krotnie gubię szlak, już ze stoków Babiej Góry widzę resztę ekipy, też go szukają. Przekrzykując silny porywisty i zwalający z nóg wiatr staram się im wskazać właściwy kierunek. Tuz za mną Dorota, Ula i chyba Jarek skręcają za bardzo na południe. Na końcu Piotrek……widać że mu ciężko. Jak sam potem powie „Diablak uczy pokory”. 
Tuż przed wschodem słońca wszyscy stajemy na szczycie (Babia Góra 1725 m.n.p.m). Myślałem że będzie gorzej i pewnie by było gdyby nie wiejący od kilku dni Halny. Pozbawił on nasz cel pokrywy śnieżnej, dzięki temu jedynymi przeciwnikami były wiatr i lód. Kompletnie nie rozumiem niepotrzebnego ryzyka i wchodzenia na niego bez nakładek anty poślizgowych czy raków.
Na szczycie spędzamy ok. godziny w tłumie innych żądnych wrażeń i widowiska turystów. Wschód został obfocony ma maksa.

Po krótkiej naradzie kierujemy się w kierunku Przełęczy Krowiarki pierwotnego miejsca zbiórki . Droga jest miła i przyjemna z początku zejście przypomina szlaki Bieszczadzkie, potem skrywamy się w korytarzu z kosodrzewiny. Zejście proste i przyjemne, na końcu oczekuje na pusta wiata, przysiadamy w niej na ok 30 minut, jemy kolejne kanapki od Grażyny. Mijają nas prawdziwe tłumy kierujące się czerwonym szlakiem na babia Górę, duża część bez raków. Nie wiemy czy dotrą na szczyt. Ok 9:30 wracamy, tym razem niebieskim szlakiem.



Bez obrazy, ale nudaaaaa……wrzucam czwarty bieg……..tak jak lubię, szlak jest płaskim leśnym duktem. Docieram ok 25 minut wcześniej, prysznic, zmiana gaci i…….witam pozostałych
Jest południe co robić dalej w tak miłych okolicznościach przyrody. Oznajmiam że mam zamiar wyjść na zachód słońca na Małą Babią, po kwadransie jest nas już czworo trzy kobiałki Ula, Dorota i Eda i rodzynek czyli ja. O 16 ruszamy, o 16:10 zastanawiamy się nad chmurami które widzimy nad przełęczą Brona. 

Edyta ma parcie, zuch dziewczyna. Pierwszy raz w górach (chyba) a prze do przodu jak nosorożec, nie mogę jej dogonić. Udaje mi się to w połowie drogi razem z Ulą. Pięc minut zajmuje nam przekonanie Edyty że pomysł staje się deczko ryzykowny i że niema szans na widoczny zachód słońca. 

Z kwaśnymi minami wracamy. Jutro też jest dzień.

Czeka nas kolejny wesoły wieczór i kilka szybkich porcji w jadalni.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz