sobota, 30 kwietnia 2016

Ukraina - Lwów-dzień 2

Ranek wstał mglisty i deszczowy. Jest 7 rano, nigdzie się nie śpieszymy, w góry nie pójdziemy to żadna frajda. Przygoda i tak jest. Decydujemy się zawiesić trekking na rzecz słonecznego Lwowa, taką przynajmniej mamy nadzieję.

Po śniadaniu złożonym z kisielu, kawy i kanapek z chrupkiego pieczywa kierujemy się na przełaj na stację kolejową. Przed nami idzie dziewczyna w tym samym kierunku z naprzeciwka widzimy kilku autochtonów i jednego piechura z plecakiem. Zagadnięta Ukrainka potwierdza że pociąg zaraz odjedzie w kierunku Lwowa. Szukając kasy biletowej zagadujemy dwóch mężczyzn, jeden z nich przyjaźnie wskazuje kierunek, drugi po ukraińsku pyta go, po co nam powiedział, moglibyśmy kupić u konduktora, jest drożej ale przecież ich stać. To tyle jeśli chodzi o ludzką naturę. W myślach życzę mu utraty wszystkich złotych koronek i z uśmiechem dziękuję za informację.

"Kasą" okazuje się być młoda dziewczyna na peronie, stojąca w towarzystwie kobiety i mężczyzny, wesoło do nas macha żebyśmy podeszli. Żartując sami z siebie wzbudzamy ich wesołość. Bilety kosztują 34 HR od łebka. Pakujemy sie do wagonu, muszę przyznać że robi wrażenie. Dwa rzędy siedzeń po trzy miejsca każde. Koło południa ruszamy.

Mała uwaga do czytających, jakkolwiek by to nie było irytujące,  my naprawdę nie przywiązywaliśmy wagi do czasu. :) w związku z tym proszę podanych czasów nie traktować zbyt dosłownie. Są one podane tylko poglądowo :)

Ok 10:30 pociąg rusza, przed nami ok 140 km i 4,5 h jazdy. Przeżywamy deja vu, Urodzeni po 1980 pewnie nie pamiętają kiedy to pociąg z Wawki do Ruciane Nida lub Zakopca jechał ok 12-13 godzin.
Pociąg leniwie toczy się po torach, podobno z powodu ich złego stanu technicznego. To nic, dzięki temu mamy szanse podziwiać krajobraz za oknem wraz z poprawiająca się pogodą, niestety wraz z poprawa pogody wjeżdżamy na niziny. Tuz za Siankami przez wagony przechodzi starsza kobieta z pierożkami, cena 6 Hrywien, kupujemy po jednym. Są pyszne choć to tylko ciasto, smażone na głębokim tłuszczu z nadzieniem z sera i ziemniaków. Potem spotykamy w tym i innym pociągu kilkukrotnie handlarzy, jednak żaden z nich nie oferuje wyrobów własnej produkcji.
Co ciekawe prawie 5 godzin mija niezauważalnie.

Lwów wita nas umiarkowanym zachmurzeniem, z dworca podmiejskiego drepczemy w kierunku głównego. Po drodze wpadam na pomysł powrotu na stacje i zrobienia zdjęć rozkładu jazdy. Po drodze zauważam kwas z beczki, to jest silniejsze ode mnie, nalewanie chwile trwa (ok. 1 min.)  i już mi si e obrywa ze mnie to "po śmierć posłać". Nic to. Po drodze jak to przy dworcach masa budek z jedzeniem i kantorów, kurs lepszy niż w Polsce i Szegini.

W informacji turystycznej na dworcu zdobywamy listę hosteli, kilka z nich jest do 10 minut od stacji. Rozdzielamy się ja lecę dowiedzieć się o miejsca w hostelu na ul. Zalizycznej. Znajduję. Hostel pachnie nowością, jest nówka sztuka, ma dopiero dwa dni. Koszt od osoby w 4 osobowym pokoju 120 HR. Jeden, przeprowadzamy rekonesans jeszcze w kilku. pierwszy zamknięty w drugim poczuliśmy się jak intruzi i brak miejsc.

Wracamy do pierwszego. Mieści się on za żelazną czarną bramą w odnowionym budynku na 2 piętrze. Meldujemy sie u przemiłej dziewczyny z która wcześniej rozmawiałem. Tutaj po raz kolejny przekonuje się że Dorota miała racje twierdząc że lepiej nie szprechać po rosyjsku. Wspólny język naszych wrogów bardzo irytuje żołnierza na przepustce. Wyjaśniamy sprawę że jesteśmy polakami, dodatkowo dopadam go solo w jadalni. Potem trochę tego żałowaliśmy, soldat się nastukał i przez cały wieczór i ranek następnego zapewniał nas o "bratniej" przyjaźni, a szczególnie Dorotę.

Prowadzeni przez Dorotę ruszamy a podbój Lwowa. Po drodze mijamy pomnik Bandery i Sobór Jura. Trafiamy na cos w rodzaju kiermaszu usytuowanego przy Prospekcie Swobody. Ogólnie nie polecamy, tandetne pamiątki w stylu "ciupaga z napisem Sopot z Monciaka" :P, wszędobylska Coca Cola, Hamburgery i coś na podobieństwo kuchni regionalnej z mikrofali.



Po "skosztowaniu kuchni regionalnej" idziemy w kierunku rynku, Dorota prowadzi nas do sklepu "Kopalni Kawy", tylko po co? Jak się okazuje do roboty, dostajemy kaski i zostajemy skierowani w dół w podziemia. To nie jest sklep, to oryginalna pijalnia Kawy urządzona w wielopoziomowych podziemiach kamienicy.


Wypijamy "kawę górnika" z przygotowanym dla nas i na naszych oczach palonym karmelem. To naprawdę robi wrażenie................jakby mieli udziały w Naftohaz-zie, nie żałują sobie i nam :). Płomień palnika dochodzi do 1,5 metra!!!!

Następny przystanek "Dom Legend" , knajpa usytuowana w pionie, schody, schody, schody ...... tłumy na każdym pietrze i............ uskrzydlony Trabant na dachu.


Poszliśmy tylko jeszcze liznąć "żydowska dzielnicę" czyli knajpę "Złotą Różę" na ulicy Starojewriejskiej. Niestety po stojącej tam synagodze o tej samej nazwie niema śladu, została rozebrana. Niektórzy w drodze powrotnej (dwoje) łapią się jeszcze na pysznego gofra


Jesteśmy deko zmęczeni i bez przygód wracamy do hostelu prostu w objęcia bratniego soldata o czym wspominałem wyżej . :) Dobranoc

Adres Hostelu:
Ukraine, city of Lviv, Railway Street 20, Hostel Yurus

Україна, Львів, вулиця Залізнична 20, Хостел Юрус. 
Номер телефону / number phone mob.: 
+380 676 737 919 
/
+380 930 613 334




piątek, 29 kwietnia 2016

Bieszczady Wschodnie Grzbiet wododziałowy-dzień 1

Pomysł zrodził się w okolicach marca 2016. Planowaliśmy go zrealizować we dwoje i dopiero po "Boskociałowej" wyrypie na Wielka Fatrę, która miała być przygotowaniem do Karpat. tak po prostu bez planu. powoli zaczął nam dojrzewać pomysł jak i którędy. Po drodze pojawiła się "ultra tania okazja" wyjazdu na Islandię do której zaprosiliśmy naszego kolegę Jarka. Niestety okazało się do że jest ona droższa 2,5 raza od podanej ceny 1000 PLN. Pozostaliśmy więc przy Ukrainie, a ponieważ namieszaliśmy w planach Jarkowi zaprosiliśmy go do wspólnego wyjazdu w biesy.

Na ok. 2-3 tygodnie przed długim weekendem za podjęliśmy decyzję żę będzie to grzbiet Wododziałowy od wsi Sianki przez szczyty Porejba (1018m), Hrebenicz, Kruchła (981m), Kinczyk Hnylski (1116m), Drohobycki Kamień (1186m), Starostyna (1226m), Rozsypaniec (1125m), Żurówka (1226m), Behar (1226m), Wielki Wierch (1309m) (Trawersowany), Ostry Wierch (1294m), Przypór (1284m), Nondak (1304m), Zełemeny (1307m), Pikuj (1408m) do wsi Błasowica. W planach była jeszcze Połonina Borżawa. Nie daliśmy rady. Jest to więc historia o tym jak licz siły na zamiary,  a nie zamiary na siły i.....pogodę.

Na granicy meldujemy się ok południa, ruch jest spory, na pomoc przychodzi nam segregacja na przejściu granicznym. Jest osobne okienko dla członków UE. Po drugiej stronie już nie, Pociąg do Lwowa juz dawno odjechał, poza tym i tak nie za bardzo nam czasowo pasował. Na okazje w tym tłumie szans nie mamy. Zabierają swoich, my na nich nie wyglądamy. Postanawiamy skorzystać z "taksówki" . Po krótkich targach za cenę 80 PLN pomykamy Ładą z 1991 roku w kierunku Sambora. Kierowca z iście wschodnia fantazją omija dziury, bierze zakręty pod prąd itp. W Samborze jest stacja kolejowa, kierowca wysadza nas na dworcu marszrutek, żadna z nich nie jedzie w naszym kierunku. Dorota wypytuje przechodniów o dworzec kolejowy. Po kilu nieudanych próbach trafia na przemiła Ukrainkę która tam własnie idzie. Uwaga, stacja jest na drugim końcu miasta. Tutaj tez nie mamy szans na pociąg, następny jutro, a my po prostu chcemy w góry. Dziewczyna jest niesamowita, szybko wybiega z dworca, my za nią. Na zewnątrz jest dworzec marszrutek, informacja po drugiej stronie ulicy. Przedstawiamy komiczny widok. Przodem pomyka maleńka Ukrainka z rozpuszczonymi włosami i gonią ją trzy dromadery z wyrazem cierpienia na twarzach. Jeeest....!!!! marszrutka do Sianek...... Odjeżdża za 3 minuty..... psiakrew...ale gdzie?..... I znowu kurs galopek..... są nawet wolne miejsca...stojące....... Uff.


Jazda trwa 2,5 h po masakrycznych drogach, nigdy nie będę narzekał na nasze "patchworki". Już jadąc do Sambora mieliśmy przykład "ukraińskiej szosy", dziury na całe koło, samochód osobowy zaliczając taki dołek po prostu w nim zostaje. Nie spodziewaliśmy się jednak że takie będzie 140 km.
Nasza trasę śledzę na telefonie i zauważam zabawną rzecz, wszyscy w busie robią to samo. Nie grają w gry, nie przeglądają FB tylko śledzą gdzie są.

Do Sianek dotarliśmy po 11 godzinach ok. godz 18. Na początek szukamy sklepu. Od wiaty przystankowej kierujemy się do wsi, jest sklep, królują w nim słodycze i konserwy, ekspres do kawy nie działa.
Szybko wsuwamy jakieś ichnie snickersy i wafle i lecimy w dół w kierunku stacji, tam jest kolejny sklep.



Uff...ekspres działa z Dorotą wypijamy po kubku gorącej czekolady. Nasze zaskoczenie budzi abak używany zamiast leżącego obok kalkulatora. Pamięta ktoś jak się tego używa :) Pomimo paskudnej pogody i właściwe nie mając wyjścia ruszamy wzdłuż torów żółtym szlakiem w kierunku przełęczy.


Pogoda się psuje coraz bardziej, gór nie widać, zaczyna padać deszcz, humory nam kwaśnieją. Niedaleko szosy zauważam wiatę (49°00'34.9"N 22°54'21.1"E) i zostawiając plecak idę sprawdzić możliwość noclegu. Jest w miarę ok. Co prawda syf niemiłosierny, widać też że była wykorzystywana przez miejscowych po stojących tam szczątkach łóżka.

W środku rozbijamy namiot aby odgrodzić się od brudu jaki tam jest. Dzięki temu rano będziemy mieli ten komfort że zwiniemy suchy namiot. Kolejną korzyścią jest źródełko w odległości ok. 10 m od wiaty. Woda prawdopodobnie nadaje się do picia nawet na surowo, jednak my ją filtrujemy. Warunki iście komfortowe. Namiot, "weranda", dostęp do wody.......i widoki, gdyby chmury nie wisiały nam 20 m nad głową. :).


 

Filtrowanie wody
Dzień następny


piątek, 8 kwietnia 2016

Krokusy Dzień 1

Dziś ruszamy na krokusy w Tatry. Ok 8:30 przyjeżdża Andrzej który razem z żoną ma się zająć moimi gamoniami podczas mojej nieobecności. Będziemy sprawdzać czy nie zjedzą opiekunów, co prawda już się poznali, ale lepiej się upewnić. Jest dobrze, poznały go i są najedzone. Razem z Dorotą ruszamy moją czerwoną strychniną w kierunku Polichna tam mamy spotkanie z Beatą. Samochodzik ma dolany olej, spodziewam się więc sporego dymienia z wydechu :), jedziemy wojewódzkimi drogami by nie wzbudzać sensacji. Dziewczynę znamy z FB, podobno góry nie są jej obce. Czeka już na nas w Zajeździe Górskim. Szybka kawka, śniadanko i ruszamy na dwa samochody. Moglibyśmy jednym , ale tak się złożyło że po weekendzie mam robotę w Wiśle. Pomykamy ze średnią prędkością 130 km/h.

Po kilku godzinach "meldujemy" się w Kościeliskiej. Beata wybiera duży nieogrodzony parking, my ze względu na narzędzia jakie mam w bagażniku parkujemy na parkingu jednego z zajazdów. Ceny te same 10 PLN za dobę. Generalnie stwierdzam że "górale" mają "problem z liczeniem". W ostatnim dniu wyciągnę inny wniosek.  Jest piątek ok 13-14, samochód ma stać do niedzieli do południa. recepcjonistce trudno zrozumieć że to dwie rozpoczęte doby i stara się mnie skasować na 25 zyli. Nie dałem się. Proponuje nam nocleg, zgodnie z prawdą odpowiadamy że nocujemy na hali Ornak co wzbudza rozbawienie i zdziwienie. Wypytujemy o co chodzi, w odpowiedzi słyszymy.."przecież tam nic niema" :P ...i o to chodzi :). Nie tłumaczymy tego, ta pani i tak tego nie zrozumie.


Ponieważ jest południe, pora obiadowa swoje kroki kierujemy w kierunku restauracji "Harnaś" będziemy tam dwa razy....pierwszy i ostatni raz. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem, toaleta dla gości płatna 2 PLN. Za te dwa zeta jest atrakcja, siadając na sedesie trzyma się nos w pisuarze.
Jedzenie.....każdy z nas zamówił cos innego moje i Doroty głównie słone, poza tym kelnerka chyba nie bardzo słucha zamówień. Pomimo tego że prosiłem bez zieleniny

dostałem na talerzu łąkę. mięso podobno było zjadliwe, cóż sądzę że Beata była po prostu głodna :) Nie daliśmy napiwku i napisaliśmy na ich profilu co o tym myślimy.

 Pogoda nie jest fajna, cały czas siąpi, gór nie widać, ale co tam jutro ruszymy na poszukiwanie
krokusów. A na razie drepczemy w kierunku schroniska na Hali Ornak. Pomimo tego że idziemy duktem ludzi mało, cóż piątek. Jutro pewnie się zacznie. Schronisko robi przyjemne wrażenie. Meldujemy się zajmujemy koje i schodzimy na herbatkę. Jest drogo, drożej niż np. na Markowych Szczawinach choć bardziej klimatycznie. Niska drewniana powała, ciemno malowane drewno itp. Ciepła woda od 16 do 21, kuchnia od 8 do 19:30. Gry i książki zamknięte na kłódkę, ty chyba z powodu dużej ilości klapkowiczów tu docierających, w każdym razie nie spotkałem się z tym w schroniskach położonych w mniej popularnych miejscach. A może nie zwróciłem na to uwagi.





Jeszcze tylko dwie partyjki w sylabową odmianę domina i powoli idziemy spać.

A, byłbym zapomniał w końcu udało się pokonać Dorotę w grę logiczną :)