piątek, 29 kwietnia 2016

Bieszczady Wschodnie Grzbiet wododziałowy-dzień 1

Pomysł zrodził się w okolicach marca 2016. Planowaliśmy go zrealizować we dwoje i dopiero po "Boskociałowej" wyrypie na Wielka Fatrę, która miała być przygotowaniem do Karpat. tak po prostu bez planu. powoli zaczął nam dojrzewać pomysł jak i którędy. Po drodze pojawiła się "ultra tania okazja" wyjazdu na Islandię do której zaprosiliśmy naszego kolegę Jarka. Niestety okazało się do że jest ona droższa 2,5 raza od podanej ceny 1000 PLN. Pozostaliśmy więc przy Ukrainie, a ponieważ namieszaliśmy w planach Jarkowi zaprosiliśmy go do wspólnego wyjazdu w biesy.

Na ok. 2-3 tygodnie przed długim weekendem za podjęliśmy decyzję żę będzie to grzbiet Wododziałowy od wsi Sianki przez szczyty Porejba (1018m), Hrebenicz, Kruchła (981m), Kinczyk Hnylski (1116m), Drohobycki Kamień (1186m), Starostyna (1226m), Rozsypaniec (1125m), Żurówka (1226m), Behar (1226m), Wielki Wierch (1309m) (Trawersowany), Ostry Wierch (1294m), Przypór (1284m), Nondak (1304m), Zełemeny (1307m), Pikuj (1408m) do wsi Błasowica. W planach była jeszcze Połonina Borżawa. Nie daliśmy rady. Jest to więc historia o tym jak licz siły na zamiary,  a nie zamiary na siły i.....pogodę.

Na granicy meldujemy się ok południa, ruch jest spory, na pomoc przychodzi nam segregacja na przejściu granicznym. Jest osobne okienko dla członków UE. Po drugiej stronie już nie, Pociąg do Lwowa juz dawno odjechał, poza tym i tak nie za bardzo nam czasowo pasował. Na okazje w tym tłumie szans nie mamy. Zabierają swoich, my na nich nie wyglądamy. Postanawiamy skorzystać z "taksówki" . Po krótkich targach za cenę 80 PLN pomykamy Ładą z 1991 roku w kierunku Sambora. Kierowca z iście wschodnia fantazją omija dziury, bierze zakręty pod prąd itp. W Samborze jest stacja kolejowa, kierowca wysadza nas na dworcu marszrutek, żadna z nich nie jedzie w naszym kierunku. Dorota wypytuje przechodniów o dworzec kolejowy. Po kilu nieudanych próbach trafia na przemiła Ukrainkę która tam własnie idzie. Uwaga, stacja jest na drugim końcu miasta. Tutaj tez nie mamy szans na pociąg, następny jutro, a my po prostu chcemy w góry. Dziewczyna jest niesamowita, szybko wybiega z dworca, my za nią. Na zewnątrz jest dworzec marszrutek, informacja po drugiej stronie ulicy. Przedstawiamy komiczny widok. Przodem pomyka maleńka Ukrainka z rozpuszczonymi włosami i gonią ją trzy dromadery z wyrazem cierpienia na twarzach. Jeeest....!!!! marszrutka do Sianek...... Odjeżdża za 3 minuty..... psiakrew...ale gdzie?..... I znowu kurs galopek..... są nawet wolne miejsca...stojące....... Uff.


Jazda trwa 2,5 h po masakrycznych drogach, nigdy nie będę narzekał na nasze "patchworki". Już jadąc do Sambora mieliśmy przykład "ukraińskiej szosy", dziury na całe koło, samochód osobowy zaliczając taki dołek po prostu w nim zostaje. Nie spodziewaliśmy się jednak że takie będzie 140 km.
Nasza trasę śledzę na telefonie i zauważam zabawną rzecz, wszyscy w busie robią to samo. Nie grają w gry, nie przeglądają FB tylko śledzą gdzie są.

Do Sianek dotarliśmy po 11 godzinach ok. godz 18. Na początek szukamy sklepu. Od wiaty przystankowej kierujemy się do wsi, jest sklep, królują w nim słodycze i konserwy, ekspres do kawy nie działa.
Szybko wsuwamy jakieś ichnie snickersy i wafle i lecimy w dół w kierunku stacji, tam jest kolejny sklep.



Uff...ekspres działa z Dorotą wypijamy po kubku gorącej czekolady. Nasze zaskoczenie budzi abak używany zamiast leżącego obok kalkulatora. Pamięta ktoś jak się tego używa :) Pomimo paskudnej pogody i właściwe nie mając wyjścia ruszamy wzdłuż torów żółtym szlakiem w kierunku przełęczy.


Pogoda się psuje coraz bardziej, gór nie widać, zaczyna padać deszcz, humory nam kwaśnieją. Niedaleko szosy zauważam wiatę (49°00'34.9"N 22°54'21.1"E) i zostawiając plecak idę sprawdzić możliwość noclegu. Jest w miarę ok. Co prawda syf niemiłosierny, widać też że była wykorzystywana przez miejscowych po stojących tam szczątkach łóżka.

W środku rozbijamy namiot aby odgrodzić się od brudu jaki tam jest. Dzięki temu rano będziemy mieli ten komfort że zwiniemy suchy namiot. Kolejną korzyścią jest źródełko w odległości ok. 10 m od wiaty. Woda prawdopodobnie nadaje się do picia nawet na surowo, jednak my ją filtrujemy. Warunki iście komfortowe. Namiot, "weranda", dostęp do wody.......i widoki, gdyby chmury nie wisiały nam 20 m nad głową. :).


 

Filtrowanie wody
Dzień następny


2 komentarze: