czwartek, 19 maja 2016

GSI OUTDOORS INFINITY BACKPACKER MUG



to nowoczesny kubek termiczny wykonany z polipropylenu. Materiał ten nie chłonie zapachu ani smaku.


Infinity Backpacker Mug
  • Materiał: polipropylen
  • Izolowane pokrycie zewnętrzne
  • Szczelna pokrywka
  • Składane ''uszko'' do zawieszania kubka
  • Wygodny zamykany ustnik
  • Wysokość: 11,7 cm
  • Średnica: 9,5 cm
  • Pojemność: 480 ml
  • Waga: 99 g
  • Antypoślizgowy spód

Geneza zakupu

Moje oczekiwania dotyczące idealnego dla mnie kubka na przestrzeni lat znacznie się zmieniły. Do tej pory korzystałem z ultra lekkiego blaszaka typu Quechua / Esbit oraz kubko termosu Contigo West Loop o wadze 300 g. Jedynymi pozytywnym cechami tego pierwszego była lekkość i plastikowy rant który nie powodował oparzeń ust. Niestety gorący płyn już po kilku minutach był letni. Drugi sprawdza się idealnie w samochodzie podczas długich przejazdów, jednak ze względu na wagę i bardzo wąski wlew nie za bardzo nadaje się pod namiot.

Poszukiwałem więc lekkiego termicznego kubka, a nie ciężkiego kubko-termosu. Czyli czegoś bardziej w stylu Kubka Fjord Nansen Eksjo niż posiadanego Contigo West Loop.

Wybór tego typu kubków na rynku jest niewielki więc po krótkich poszukiwaniach mój wybór padł na GSI OUTDOORS INFINITY BACKPACKER MUG. Spełnia on chyba wszystkie priorytety. Ponadto urzekła mnie jego prostota. Można by rzec że na tle "arcydzieł" jakimi zachęcają nas producenci jest wręcz toporny co akurat uważam za jego zalety zarówno w kwestii wyglądu jak i użyteczności.

 
GSI INFINITY BACKPACKER MUG rozłożony na części

Zalety
  • stabilność: szeroka antypoślizgowa podstawa oraz proporcjonalna do niej wysokość powodują że nawet pełny kubek ma nisko położony środek ciężkości. Bez problemu stoi na każdej nawierzchni,na trawie, na pochyłym kamieniu. Nawet tej poddanej ruchowi.np. pokłady sprzętów pływających czy stolik w pociągu.
  • pojemność: 480 ml. pozwala na wypicie dużej porannej kawy i zalanie tam zupki lub kaszy w wymaganejj ilości
  • izolacja termiczna: w mojej opinii jest wystarczająca, po 30 minutach przy temperaturze zewnętrznej  ok. 8C wrzątek miał 68 C. Pozwala to na nieśpieszne wypicie gorącego napoju np. podczas porannej kontemplacji widoków :)
  • brak uchwytu. Konkretnie brak sztywnego uchwytu, dzięki czemu łatwiej go spakować.
  • szeroki wlew i dno pozwalają na bezproblemowe umycie naczynia.
  • Materiałowe ucho, co prawda do trzymania to średnio się nadaje, ale do zawieszenia na zewnatrz plecaka idealnie.
  • niska waga, 107 g według mojej wagi


Minusy.

Jak do tej pory znaczących nie znalazłem. Może to że osłona jest podatna na zabrudzenia i że się lekko nagrzewa. Przez co nie trzyma temperatury jak kubko-termosy, ale nie tego szukałem. Jest to kompromis pomiędzy wypaśnymi ciężkimi kubko-termosami o wadze ok 300 g, a minimalistycznymi metalowcami o wadze od 70 g.
Niektórzy za minus mogą uznać nie zakręcana pokrywę,  ale to nie jest kubek do noszenia w plecaku z płynem, do tego są termosy.*



Reasumując uważam zakup za udany w cenie 38 PLN stałem się posiadaczem produktu który spełnił prawie wszystkie moje wymagania.

*Kubek kilkakrotnie mi sie przewrócił, pokrywka pozostała na miejscu. Po nalaniu "wrzątku" otworzyć otwór do picia, jeśli tego nie zrobicie ciśnienie ją wypchnie.

wtorek, 3 maja 2016

Pikuj , dzień 5

Jest nieźle. To co "spało" razem z nami wyschło. Gorzej z tym co pod tropikiem i na zewnątrz. Improwizujemy z suszarnią na kijkach trekkingowych. Plecaki są mokre całkowicie. Humory mamy nie najgorsze. Ruszamy ok. 10, nie jest z nami zgredami chyba tak źle, nie widać "naszych ukraińskich przyjaciół" czyżby zaspali? Nieważne. Ruszamy w kierunku Pikuja, Jarek idzie granią  Połoniny Bukowskiej, my z Dorotą trawersujemy ją po stronie wschodniej. Na krótkim odcinku idziemy osobno. Po kilku minutach gubiąc szlak trawersujemy ją dołem we troje, nie wiem co gorsze, czy mozolny marsz grzbietem. Na szczęście droga prowadzi nas na wprost na przełęcz pod Pikujem.


Jarecki chyba jedzie na dopalaczach, ja się w końcu przyznaję Dorocie do towarzyszącego mi od początku wyrypy bólu po prawej stronie tuz pod żebrami. Nie mam pojęcia co to jest, wiem za to jak silny to ból, zaczyna być tak dokuczliwy że zmusza mnie do coraz częstszych odpoczynków. Martwię się że nie dam rady i że będę obciążeniem dla swoich towarzyszy podróży. Uświadamia mi to jaką głupotę popełniliśmy nie wykupując ubezpieczenia. Generalnie daliśmy ciała na całej długości :). Nie mamy mapy, zapomniałem aparatu, nie wykupiliśmy ubezpieczenia.



Tylko czy to naprawdę jest tak ważne? Ważne jest to że jesteśmy tu gdzie jesteśmy, że mamy dobre humory pomimo permanentnego wiatru i opadów przez ponad połowę wyrypy. 

Wyjątkowo "szybko" docieramy na przełęcz, Jarek już na nas czeka. My zostajemy żeby odpocząć w "bunkrze"  czyli sporej niecce usypanej z kamieni. Po kilku minutach zmykamy z tamtąd, wiatr wieje coraz bardziej. Ruszamy na szczyt na który docieramy po ok 5-10 minutach. Stoi tu betonowy obelisk, pomazany "grafiti", cóż cywilizacja i chęć pozostawienia po sobie śladu dla potomnych jest widocznie nie do przezwyciężenia.


Na szczycie dmucha, łapiemy oddech i ruszamy w kierunku w kierunku...no własnie sam już nie wiem......Miałem tak dość bólu, że nie zastanawiałem się nad kolorem szlaku. Teraz pisząc ten tekst i patrząc na mapę która do nas dotarła kilka dni po powrocie wiem że poszliśmy szlakiem żółtym.


Szlak tuz za szczytem ginie wśród skał i jagód. Dorota i Jarek idą przodem, sam wlokę się za nimi, jednak moja dolegliwość każe mi się zatrzymać. Siadam na kamieniu i łapiąc oddech czekam, nie trwa to długo może 5-10 minut. wystarczyło jednak aby ich zgubić. Nie mam wyjścia ruszam za nimi. Gdzieś w oddali zauważam ruch olbrzymiego zielonego plecaka, to Jarek, ok. nie są tak daleko.


Po kilku minutach zauważam czekająca na mnie Dorotę. Dalej idziemy juz sami, droga jest mozolna i niebezpieczna, schodzimy najpierw po dużych głazach, potem po mniejszych pokrytych podszytem.



Nie widzimy czy to kamienie czy szczelina pomiędzy nimi. Łatwo źle stanąć, a wtedy nogę prawdopodobnie szlak trafi. Czas mija, nie wiemy ile to trwało, choc to tylko kilkaset metrów, zajmuje nam to ok godziny, jeszcze tylko wysokie na metr pola jałowca i wychodzimy na jakąś uprawę, w tym samym czasie dogania na Jarek. Zauważył nas dzięki niebieskiej bluzie Doroty i mojemu pomarańczowemu buffowi. Jestem troszkę zły, nie gubi sie z oczu pozostałych członków wyprawy w miejscu gdzie tak łatwo o zgubienie się i wypadek. Cóż docieramy się, komunikuje im o tym i na tym kończę.

Przystajemy na propozycje Jarka i schodzimy w kierunku Błasowicy. Po ok 1-2h docieramy do cywilizacji, od razu trafiamy na sklep spożywczy. Kupujemy ichnią Colę, bo innej niema i ruszamy do szosy mając nadzieję złapać marszrutkę do Stryja lub Lwowa.



Kiwamy kilka minut, nikt sie nie zatrzymuje choć jedzie masa busów z samym kierowcą. Cóz takie los autostopowicza, Dorota pyta dwóch kobiet o której najbliższa marszrutka. W odpowiedzi słyszy, że dzis juz nie będzie. Co robić......ano to samo co do tej pory kiwać stopa.:)

Wystawiamy Wykałaczkę na wabia, niech macha...drobna blondynka na pewno kogoś skusi. Minuta!!!! Tyle trwało łapanie stopa, zatrzymuje się TIR, może zabrać tylko jedną osobę do Stryja, ekspediujemy Jarosława.

Sami bezskutecznie kiwamy jeszcze z kwadrans wzbudzając śmiech u Ukrainek po drugiej stronie, one nie machają , po prostu wystawiają rękę i tyle. Odjeżdają jako pierwsze w przeciwnym kierunku.

A kolo nas zatrzymuję się.....rejsowy autobus do Lwowa!!!! Nówka sztuka nie śmigana. Bilet jest drogi od osoby kosztuje 70 HR, mamy tylko 112HR...... Niema problemu, zapłacicie we Lwowie :).
Wysyłam SMS do Jarka że jedziemy do Lwowa.
Z trasy rezerwujemy miejsce Hostelu dla 3 osób,

Po półtorej godziny jazdy prawie w tym samym czasie spotykamy się hostelu. Recepcjonstka jest zrozpaczona...jak to?.....To niemożliwe!!!!! Nie ma żadnej rezerwacji...miejsca oczywiście są.

Okazuje się że hostel w którym kimaliśmy, to nie był hostel z listy otrzymanej w informacji, trafiłem nie tam gdzie trzeba....więc i rezerwację zrobiliśmy gdzie indziej :).....tak to jest posłać mnie gdziekolwiek w obcym mieście.....

Wieczór jest ładny, ruszamy ponownie w miasto, tym razem celem jest jakaś paszodajnia, na celownik bierzemy "Lampę naftową"...niestety dopadła ją globalizacja. W menu nic ciekawego, a ceny z kosmosu. Kolejne kroki kierujemy do pierogarni której nazwy nie pomnę po drodze zachaczając o "Kopalnię Kawy".

W knajpce królują kuchnie czterech krajów: Włoska, Armeńska, Gruzińska i Ukraińska. Zamawiamy Wareniki i Kinkhali. Na kolana nie powalają. Powala nas za to coś innego. Zamaszysty "paw" wykonany przez spasionego brytola z poczwórnym podbródkiem.

Lekko zniesmaczeni wracamy tramwajem i w nim wychodzi z nas prowincja, widać to nawet we wzroku jednego z Ukraińców.....co za ciemna masa..nie potrafią obsłużyć kasownika :). Otuchy dodaje nam Pani z torebką z Kopalni Kawy...wymieniamy porozumiewcze spojrzenia i od razu nam lepiej.

Jeszcze tylko wieczorny wypad na stare miasto i spać.



poniedziałek, 2 maja 2016

Dzień 4, Pasmo Pikuja.

Powoli otwieram jedno oko……drugiego mi się nie chce…..już wiem, jest mokro, zimno i niemiło. Zwlekamy się ok. 7:30 nieśpiesznie robimy śniadanie. Tym razem odpalamy kabanosy, do tego kuskus z gorącym kubkiem i kawa…zabarwiona delikatnym bukietem kisielu żurawinowego :) ….jest dobra. Słoneczko zaczyna przebijać się przez mgły, wywalamy na namiot śpiwory w celu ich przewietrzenia. Ok 10 ruszamy w dalszą drogę. Cel….. Pikuj i dalej. Po drodze mijamy spalone połacie i połonin. Zastanawiamy się, czy pożar był przypadkowy, czy po prostu miejscowi wypalają góry. W końcu dochodzimy do płonących traw. Wygląda to na świadome podpalenie. Przechodzimy przez gryzący dym. Oglądamy się jeszcze, żeby popatrzeć na pożar i pogorzelisko. Smutny to widok, być może ma jakiś cel….my znamy tylko ten fałszywy z Polski pokutujący przez wiele lat.


Kończy nam się woda, coraz bardziej nerwowo rozglądamy się za jej źródłem. Nie wiem czy wspominałem, przed wyjazdem z polski nie udało nam się nabyć map, które po prostu nie dotarły do księgarni na czas. Jako taką orientację w terenie mamy dzięki aplikacji „Maps Me” która ma jedynie zaznaczone szczyty i ścieżki. Wędrówka jest więc w miarę prosta, choć zdarza nam się zboczyć ze szlaku.
 Przed Starostyną zauważamy bujne pole kaczeńców, moją uwagę przykuwa bardziej zielona wstążka biegnąca z tego miejsca w dół…hura…jest woda…… Kłopoty z wodą na szlaku tak naprawdę towarzyszyły nam prawie cały czas, życie ratował nam filtr. Wybierającym się w ten rejon polecam mapę ukraińskiego wydawnictwa ACCA (assa) są na niej zaznaczone źródła których jak się okazuje mijaliśmy całkiem sporo, szczególnie na opisywanym odcinku. Wystarczy napisać że pomiędzy Starostyną i Prypirem jest ich aż siedem!!! Wbrew obiegowej opinii, moim zdaniem na trasie nie brakuje wody, trzeba mieć tylko mapę i uzupełniać jej zapas zarówno w organizmie jak i pojemnikach na odcinki gdzie brak źródeł. Następne źródło według mapy jest na stokach Pikuja.




Po drodze spotykamy trzy dziewczyn z Podkarpacia, one już wracają z Pikuja lub idą w przeciwnym kierunku, nie dopytaliśmy. Mówią nam o kolejny źródle przy ruinach polskiego schroniska, niestety jak się później okazało ominiemy je dość szeroki łukiem.


Maszerujemy troszkę jak zombie, jesteśmy lekko odwodnieni i głodni, szukamy dogodnego miejsca na popas. Czas na herbatkę. W międzyczasie docieramy do przełęczy Ruskyi Put, jet tu kilka miejsc po ogniskach, jednak wiatr jest zbyt silny. Szukamy dalej, idąc w kierunku Wielkiego Wierchu lekko odbijamy na południe i…jest…skalny nawis osłania stok przed wiatrem, jest tam kilka kamieni na których możemy się rozłożyć. Jest tez chrust, powodowani niczym nie uzasadniona oszczędnością rozpalamy ognisko. Kończymy kabanosy, dojadamy kolejny kisiel. W międzyczasie po raz kolejny mijają nas nasi ukraińscy przyjaciele.  Nie chce nam się iść dalej. Jest cichutko, pod stopami mamy malownicza dolinę z wijąca się szosą i wioskami: Kichernyj, Pierekresnyj i Bukowiec.



Za Wielkim Wierchem widać już Pikuj, nabieramy sił i tuptamy z zamiarem zdobycia tego szczytu. Po drodze mijamy znajomych Ukraińców i jakąs rozbrykana grupę o bliżej niekreślonej narodowości. Mijamy to lekki eufemizm, znajdują się w sporej odległości od nas i poniżej. Jak się później orientuję rozłożyli się w pobliżu ruin wspomnianego schroniska, którego my będziemy bezskutecznie szukać.

Lecimy dalej, na szczycie Ostrego Wierchu idziemy po niesamowicie zdegradowanym poszyciu, to skutki wypalania, niema tu nawet chrustu jagodowego. Jest tylko czarna i spękana gleba. Bardzo smutny widok. Zaczyna mocniej wiać, zaczyna tez kropić deszcz, a my z uporem maniaka nadal szukamy schroniska.

Deszcz pada coraz mocniej, robi się ciemno choć to dopiero 18? Niema co się łudzić, jesteśmy zmarznięci, przemoczeni i zmęczeni i Pikuju możemy w dniu dzisiejszym jedynie pomarzyć. Naszym priorytetem jest w tej chwili znalezienie w miarę płaskiego miejsca pod namiot.

Znajdujemy takie tuz za Nondagiem. Maleńki skrawek tuz przy gęstej ścianie karłowatej buczyny. Teraz leje już pełna parą, nie widać okolicznych szczytów. Jesteśmy wszyscy mokrzy, Dorota pomimo tego że ma ceratowe gacie to ich sierota nie założyła. Mam wrażenie że moje letnie spodnie są prawie suche. Nic bardzie mylnego, tyle tylko że w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób nie wychładzają mi organizmu. Może dlatego że sa osłonięte przez poncho i nie mokną od deszczu tylko od wilgoci? Do namiotu wchodzimy pojedynczo, pierwsza Dorota, rozpakowuje swój i mój sprzęt, my mokniemy nadal i tak nam wszystko jedno, Jarecki ma gorzej, niema nawet poncho, cała woda z kurtki spływa mu na buty.

Pakujemy się do wilgotnych śpiworów, herbatka, kaszka z gorący kubkiem i…..spac nie jest jeszcze wcześnie…..

Naszych uszu dochodzi ciężki marszowy krok, ocho idą znajomi Ukraińcy…i tu niespodzianka….owszem Ukraińcy, ale nie „nasi” tylko ojciec z dwójką młodzieży. Pytają nas o wodę, nie za bardzo potrafimy pomóc, maja przedruk starej mapy wojskowej , prawdopodobnie WIG. Zajduję na niej ruiny i wskazują to miejsce mówie że tam jest źródło. Pytam tez czy maja jeszcze wodę, najwyżej zrezygnujemy z jednej herbatki. Grzecznie dziękuję, maja jeszcze litr. Jest ok. Proszę mnie o dane na FB i się żegnamy.

Reszta wieczoru mija nam na snuciu „opowieści dziwnej treści”

Dzień poprzedni
Dzień następny

niedziela, 1 maja 2016

Lwów - Sianki, czyli tam i z powrotem

Dzień trzeci
Pobudka o 7, brakuje nam laczków do łażenia pod prysznic i po obiekcie. Nieśpiesznie wsuwamy śniadanie złożone z granoli i mleka proszku, wszystko z naszych zapasów. Bez sensu byłoby to dźwigać. Cóż mogę napisać, paskudztwo, na szlaku na pewno by nam smakowało i jeszcze byśmy wychwalali jakie to pożywne. J
I znów wita nas bratnia armia Ukraińska w postaci znanego nam już „Kozaka” …qrde przypomina Papaya, tylko chudszy.  
„Dobry dień Dorota” krzyczy….widząc go proponujemy wspólna fotkę, tym bardziej że jest w kapitalnej marynarskiej koszulce rodem z Patiomkina. Pech i szczęście, podobno im nie wolno robić fotek w mundurach. Tym samym płoszymy jego i młodszego sołdata. Dorota oddycha z ulgą.

O 8:15 wychodzimy z hostelu żegnani przez przemiłą obsługę.

Wczoraj przed snem ustaliliśmy że pojedziemy do Beskidu i tam zdecydujemy czy pójdziemy w „lewo” czy w „prawo”, czyli Borżawa lub Pasmo Pikuja. Słońce pełna gębą, prognozy w kratkę, ciepło i przelotne deszcze. Radośni pakujemy się do wskazanego pociągu, zajmujemy miejsca i czekamy…czekamy…mija 9, powinniśmy ruszać. Rusza pociąg z sąsiedniego peronu….9:10 nadal stoimy. Jarek rzuca żart…że to był nasz pociąg……

……i qrde miał rację….co robić, pędzimy do kasy…zaraz o 9:30 odjeżdża kolejny do…..Sianek. Pani w kasie jest zdziwiona nasza prośbą…bo po co? Kasa prawie ta sama, różnica raptem 1HR…..dopłacicie u konduktora i po sprawie. Kurcze, tu nikt się nie przejmuje biurokracją, bardziej się liczą ludzie…….

W pociągu tłok, siadamy osobno by po ok 2 godzinach spotkać się na jednej ławce. Jeszcze zanim „się spotkaliśmy” była kontrola biletów. Lekko podenerwowani dajemy nasze kwity, inna stacja?.....za mało zapłaciliśmy?.....I co z tego jedżcie dalej…oj durne turysty ;)

To jedziemy, po pociągu snuje się smutny Pan i smutna Pani, starają się zarobić na zycie……dopadła ich jednak globalizacja…u Pani oferta jak z tanich linii lotniczych, a u Pana jak z Leroya i Auchan. Nie wiedzą żę nie sa w stanie przebić „babci” z pierożkami. A babci niema do samych Sianek.

W końcu Sianki i słońce. Na peronie prawdziwy „tłum” sa Brytyjczycy w liczbie trzech emerytów i grupa polskiej młodzieży. Jakoś nam do Sianek i naszej wizji Polskiego turysty w Siankach nie pasują. I mamy rację, przyjechali samochodem, a potem w ramach wycieczki przesiedli się do pociągu żeby zobaczyć Polską wieś na Ukrainie. 




Pytają gdzie sklep, pokazujemy im ten z abakiem, jest zamknięty, następny jest „na górce”, pędzą do niego bo spragnienie. Swoja drogą ciekawe dlaczego J My spokojnie siadamy na betonowych schodkach dokonując oględzin sprzętu i modyfikując garderobę.  Już z daleka krzyczą że zamknięty. Cóz nic dziwnego są święta. Tłumaczymy, że dalej jest trzeci sklep, ale dla młodzieży to już za daleko, jeszcze „się odwodnią” i to dla nich za dużo rozczarowań, rezygnują. Jest to dla mnie o tyle niejasne że nie mają nic do picia i zerowe szanse na zdobycie jakiegokolwiek napoju. Cóż , mijamy ich i truchtamy w kierunku przełęczy.

Dochodzimy do sklepu i niespodzianka. Sklep otwarty, a przed sklepem świąteczna impreza. Robimy z Dorotą zakupy, a Jarek w tym czasie zawiera znajomość ze swoim imiennikiem. Ukrainiec Jaro jest niskim chudym człowieczkiem buchającym przyjaznymi uczuciami i oparami alkoholu. Dowiadujemy się, że tubylcy pod sklepem i sprzedawczyni to rodzina Jara. Zauważam rzecz szczególną, prawdziwy Bon Ton – czyściocha jest rozlewana do bardzo dużych koniakówek. Prawdziwy szyk J u nas nadal rządzi musztardówka lub plastikowy kubek.
Zatankowani do pełna i obżarci łakociami, uwalniamy się od przyjaznego „Jarka” ruszamy dalej. Przy okazji warto wspomnieć, że mają tam bardzo dobre chipsy w kształcie małych frytek. A możenam z głodu wszystko smakowało, sam już nie wiem. Spróbujcie sami.

Przed wejściem do lasu stoi bilboard reklamujący szacunek dla przyrody! Nie chce nam się truchtać szosą do początku szlaku, podchodzimy ścieżką na wprost, na grani o tak te drogi się krzyżują. Jeszcze tylko mała wycieczka na „maślaczki” i jesteśmy gotowi. Ruszamy żółtym szlakiem





Odnajdujemy znaki szlaku i w końcu robimy to po co tu jesteśmy. Szlak jest prawie nieoznakowany, na początku przedzieramy się przez chaszcze, nietrudno go jednak w tym miejscu zgubić. Jest poprowadzony granią. Potem jest troszkę „schodów” na podejściu na Hrebenicz. Wiatrołomy całkowicie blokują szlak, aby go nie zgubić każdy na własną rękę kieruje się pod górę. Po drugiej stronie bardzo ostre zejście po błotnistej ścieżce. Mamy pierwsze straty, Jarek łamie kijek. Od tej pory będzie wędrował z jednym jak nasi ojcowie. Schodzimy na połoninę, nie wiemy jeszcze jak jest długa. Opróżniamy pierwszą butelkę wody i na wszelki wypadek czerpiemy wodę z kałuży do późniejszego przefiltrowania. 





Po kilkunastu minutach zauważamy rozbity sporej wielkości namiot i trzech młodych całkiem dobrze ubranych mężczyzn. Dobrze ubrany, oznacza w tym przypadku odejście od wytartych jeansów starych wojskowych plecaków i marketowych pałatek. Pamiętajmy że ludzie na Ukrainie żyja bardzo skromnie i każdy grosz się liczy. Jeden w charakterystycznych spodniach ze wzmocnieniami na kolanach. Zaczyna się dyskusja o pochodzeniu spodni. Dorota twierdzi, że czeskie, Ja, że polskie. Z bliska okazuje się, że to spodnie Milo. Za to namiot Hannah. Można uznać że jest remis J Zauważamy, że panowie gotują posiłek w kociołku nad ogniskiem i targają ze sobą siekierkę. Rozmawiają z nami po rosyjsku. Są Ukraińcami z okolic Kijowa. Brat jednego z nich pracuje w Polsce. Po cichu dochodzimy do wniosku, że pewnie stąd taki sprzęt. Pytamy o wodę, dowiadujemy się, że poniżej jest źródełko. Na wierzchu w butelce mamy bełta, wyjaśniamy że wiedząc o problemach z wodą zatankowaliśmy ją z kałuży. Widok mętnej wody wywołuje głęboki szacunek w oczach Ukraińców. Jeden z nich odprowadza Jarka do źródełka, a my wdajemy się w pogawędkę z pozostałymi. Okazuje się, że mają komplet map. 





Fotografujemy mapy na wszelki wypadek.  Sprawdzamy gdzie jesteśmy na telefonie oraz „Maps Me” i…..idziemy nie w te stronę, trzeba zawrócić. Ten scenariusz powtórzy się jeszcze nie jeden raz - oznakowanie szlaku jest dość chaotyczne. Na podejściu pod Kinczyk łapie nas deszcz, jesteśmy już dość zmęczeni, teraz jeszcze zmoknięci. Postanawiamy poszukać miejsca na nocleg. Pierwszy znajdujemy tuz za szczytem, niestety jestem w mniejszości, nie wiem czego moi „towarzysze” oczekują, że trafimy na Mc Donalda? Nieważne, posłusznie tuptam za nimi klnąc pod nosem. Z tamtego miejsca miałem piękne panoramy w dwie strony świata. Co z tego że nie mamy „porządnego” aparatu z telefonu i Canona tez by wyszły super. Poza tym liczą się wspomnienia. Kolejne 40 minut, nie poprawia naszej sytuacji, na kolejnych miejscach zbyt silnie wieje. W końcu docieramy do „miejsca idealnego” jest płasko, jest las, jest drewno…co z tego że mokre…… Jesteśmy bardzo zmęczeni. Rozbijamy namiot za kępą kosówki jakieś 3 metry od urwiska. W dole widać Karpackie i złota kopułę nad Церква Святого Аристритига Михаїла. Jest pochmurno, mglisto, wietrznie i żadnych widoków. Idziemy z Jarkiem idzie jeszcze sprawdzić, czy za wzniesieniem nie widać lepszego miejsca, ale nie widać. Widać za to ogromne połacie wypalonych połonin. Spekulujemy, czy to przypadek czy celowe działanie. Nasza uwagę zwraca fakt że ogień przeszedł przez ścieżki nie zostawiając na nich śladów. Wniosek może być tylko jeden. To zrobił człowiek. Celowo? Tego nie wiemy, wiemy tylko że to jest złe.




Zostajemy. Rozbijamy namiot, a Jarek próbuje rozpalić ognisko z mokrego drewna. Z ogniska nici. Gotujemy na gazie…prawie jak w domu.. żarełko pierwsza klasa chrupkie pieczywo, pancernik z biedronki i Krakusa…i kisiel o smaku żurawiny…..tego nam było trzeba. Przy drugiej herbatce powiew wiatru nawiewa Dorocie płachtę namiotu na palnik, tropik ma olbrzymia dziurę. Będzie lało nam się do środka, ale od czego jest srebrna taśma na której amerykę zbudowano. Ktoś proponuje jeszcze kabanosy, to zły pomysł, może nam na głowy ściągnąć misie. Na wszelki wypadek wynosze opakowania od mielonki i pasztetu daleko od namiotu. Rano je zabiorę. Rozgrzani, podbudowani…wskakujemy do mokrych śpiworów. My z Dorotą do jednego jest cieplej. W nocy wyskakuję za potrzebą, troszkę hałasuję budzą Jarosława, ten przekonany że to coś dużego (miś?) gada….”podeszło coś większego” i potem słyszę „sio” na tym koniec walki z nocnym gościem. Może to i dobrze, gdyby zechciał mnie naprawdę przegonić…..mógłbym źle skończyć.

Napisał Cezary L przy współudziale Doroty W. Zdjęcia Cezary L.

Dzień poprzedni
Dzień następny