poniedziałek, 2 maja 2016

Dzień 4, Pasmo Pikuja.

Powoli otwieram jedno oko……drugiego mi się nie chce…..już wiem, jest mokro, zimno i niemiło. Zwlekamy się ok. 7:30 nieśpiesznie robimy śniadanie. Tym razem odpalamy kabanosy, do tego kuskus z gorącym kubkiem i kawa…zabarwiona delikatnym bukietem kisielu żurawinowego :) ….jest dobra. Słoneczko zaczyna przebijać się przez mgły, wywalamy na namiot śpiwory w celu ich przewietrzenia. Ok 10 ruszamy w dalszą drogę. Cel….. Pikuj i dalej. Po drodze mijamy spalone połacie i połonin. Zastanawiamy się, czy pożar był przypadkowy, czy po prostu miejscowi wypalają góry. W końcu dochodzimy do płonących traw. Wygląda to na świadome podpalenie. Przechodzimy przez gryzący dym. Oglądamy się jeszcze, żeby popatrzeć na pożar i pogorzelisko. Smutny to widok, być może ma jakiś cel….my znamy tylko ten fałszywy z Polski pokutujący przez wiele lat.


Kończy nam się woda, coraz bardziej nerwowo rozglądamy się za jej źródłem. Nie wiem czy wspominałem, przed wyjazdem z polski nie udało nam się nabyć map, które po prostu nie dotarły do księgarni na czas. Jako taką orientację w terenie mamy dzięki aplikacji „Maps Me” która ma jedynie zaznaczone szczyty i ścieżki. Wędrówka jest więc w miarę prosta, choć zdarza nam się zboczyć ze szlaku.
 Przed Starostyną zauważamy bujne pole kaczeńców, moją uwagę przykuwa bardziej zielona wstążka biegnąca z tego miejsca w dół…hura…jest woda…… Kłopoty z wodą na szlaku tak naprawdę towarzyszyły nam prawie cały czas, życie ratował nam filtr. Wybierającym się w ten rejon polecam mapę ukraińskiego wydawnictwa ACCA (assa) są na niej zaznaczone źródła których jak się okazuje mijaliśmy całkiem sporo, szczególnie na opisywanym odcinku. Wystarczy napisać że pomiędzy Starostyną i Prypirem jest ich aż siedem!!! Wbrew obiegowej opinii, moim zdaniem na trasie nie brakuje wody, trzeba mieć tylko mapę i uzupełniać jej zapas zarówno w organizmie jak i pojemnikach na odcinki gdzie brak źródeł. Następne źródło według mapy jest na stokach Pikuja.




Po drodze spotykamy trzy dziewczyn z Podkarpacia, one już wracają z Pikuja lub idą w przeciwnym kierunku, nie dopytaliśmy. Mówią nam o kolejny źródle przy ruinach polskiego schroniska, niestety jak się później okazało ominiemy je dość szeroki łukiem.


Maszerujemy troszkę jak zombie, jesteśmy lekko odwodnieni i głodni, szukamy dogodnego miejsca na popas. Czas na herbatkę. W międzyczasie docieramy do przełęczy Ruskyi Put, jet tu kilka miejsc po ogniskach, jednak wiatr jest zbyt silny. Szukamy dalej, idąc w kierunku Wielkiego Wierchu lekko odbijamy na południe i…jest…skalny nawis osłania stok przed wiatrem, jest tam kilka kamieni na których możemy się rozłożyć. Jest tez chrust, powodowani niczym nie uzasadniona oszczędnością rozpalamy ognisko. Kończymy kabanosy, dojadamy kolejny kisiel. W międzyczasie po raz kolejny mijają nas nasi ukraińscy przyjaciele.  Nie chce nam się iść dalej. Jest cichutko, pod stopami mamy malownicza dolinę z wijąca się szosą i wioskami: Kichernyj, Pierekresnyj i Bukowiec.



Za Wielkim Wierchem widać już Pikuj, nabieramy sił i tuptamy z zamiarem zdobycia tego szczytu. Po drodze mijamy znajomych Ukraińców i jakąs rozbrykana grupę o bliżej niekreślonej narodowości. Mijamy to lekki eufemizm, znajdują się w sporej odległości od nas i poniżej. Jak się później orientuję rozłożyli się w pobliżu ruin wspomnianego schroniska, którego my będziemy bezskutecznie szukać.

Lecimy dalej, na szczycie Ostrego Wierchu idziemy po niesamowicie zdegradowanym poszyciu, to skutki wypalania, niema tu nawet chrustu jagodowego. Jest tylko czarna i spękana gleba. Bardzo smutny widok. Zaczyna mocniej wiać, zaczyna tez kropić deszcz, a my z uporem maniaka nadal szukamy schroniska.

Deszcz pada coraz mocniej, robi się ciemno choć to dopiero 18? Niema co się łudzić, jesteśmy zmarznięci, przemoczeni i zmęczeni i Pikuju możemy w dniu dzisiejszym jedynie pomarzyć. Naszym priorytetem jest w tej chwili znalezienie w miarę płaskiego miejsca pod namiot.

Znajdujemy takie tuz za Nondagiem. Maleńki skrawek tuz przy gęstej ścianie karłowatej buczyny. Teraz leje już pełna parą, nie widać okolicznych szczytów. Jesteśmy wszyscy mokrzy, Dorota pomimo tego że ma ceratowe gacie to ich sierota nie założyła. Mam wrażenie że moje letnie spodnie są prawie suche. Nic bardzie mylnego, tyle tylko że w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób nie wychładzają mi organizmu. Może dlatego że sa osłonięte przez poncho i nie mokną od deszczu tylko od wilgoci? Do namiotu wchodzimy pojedynczo, pierwsza Dorota, rozpakowuje swój i mój sprzęt, my mokniemy nadal i tak nam wszystko jedno, Jarecki ma gorzej, niema nawet poncho, cała woda z kurtki spływa mu na buty.

Pakujemy się do wilgotnych śpiworów, herbatka, kaszka z gorący kubkiem i…..spac nie jest jeszcze wcześnie…..

Naszych uszu dochodzi ciężki marszowy krok, ocho idą znajomi Ukraińcy…i tu niespodzianka….owszem Ukraińcy, ale nie „nasi” tylko ojciec z dwójką młodzieży. Pytają nas o wodę, nie za bardzo potrafimy pomóc, maja przedruk starej mapy wojskowej , prawdopodobnie WIG. Zajduję na niej ruiny i wskazują to miejsce mówie że tam jest źródło. Pytam tez czy maja jeszcze wodę, najwyżej zrezygnujemy z jednej herbatki. Grzecznie dziękuję, maja jeszcze litr. Jest ok. Proszę mnie o dane na FB i się żegnamy.

Reszta wieczoru mija nam na snuciu „opowieści dziwnej treści”

Dzień poprzedni
Dzień następny

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz