niedziela, 1 maja 2016

Lwów - Sianki, czyli tam i z powrotem

Dzień trzeci
Pobudka o 7, brakuje nam laczków do łażenia pod prysznic i po obiekcie. Nieśpiesznie wsuwamy śniadanie złożone z granoli i mleka proszku, wszystko z naszych zapasów. Bez sensu byłoby to dźwigać. Cóż mogę napisać, paskudztwo, na szlaku na pewno by nam smakowało i jeszcze byśmy wychwalali jakie to pożywne. J
I znów wita nas bratnia armia Ukraińska w postaci znanego nam już „Kozaka” …qrde przypomina Papaya, tylko chudszy.  
„Dobry dień Dorota” krzyczy….widząc go proponujemy wspólna fotkę, tym bardziej że jest w kapitalnej marynarskiej koszulce rodem z Patiomkina. Pech i szczęście, podobno im nie wolno robić fotek w mundurach. Tym samym płoszymy jego i młodszego sołdata. Dorota oddycha z ulgą.

O 8:15 wychodzimy z hostelu żegnani przez przemiłą obsługę.

Wczoraj przed snem ustaliliśmy że pojedziemy do Beskidu i tam zdecydujemy czy pójdziemy w „lewo” czy w „prawo”, czyli Borżawa lub Pasmo Pikuja. Słońce pełna gębą, prognozy w kratkę, ciepło i przelotne deszcze. Radośni pakujemy się do wskazanego pociągu, zajmujemy miejsca i czekamy…czekamy…mija 9, powinniśmy ruszać. Rusza pociąg z sąsiedniego peronu….9:10 nadal stoimy. Jarek rzuca żart…że to był nasz pociąg……

……i qrde miał rację….co robić, pędzimy do kasy…zaraz o 9:30 odjeżdża kolejny do…..Sianek. Pani w kasie jest zdziwiona nasza prośbą…bo po co? Kasa prawie ta sama, różnica raptem 1HR…..dopłacicie u konduktora i po sprawie. Kurcze, tu nikt się nie przejmuje biurokracją, bardziej się liczą ludzie…….

W pociągu tłok, siadamy osobno by po ok 2 godzinach spotkać się na jednej ławce. Jeszcze zanim „się spotkaliśmy” była kontrola biletów. Lekko podenerwowani dajemy nasze kwity, inna stacja?.....za mało zapłaciliśmy?.....I co z tego jedżcie dalej…oj durne turysty ;)

To jedziemy, po pociągu snuje się smutny Pan i smutna Pani, starają się zarobić na zycie……dopadła ich jednak globalizacja…u Pani oferta jak z tanich linii lotniczych, a u Pana jak z Leroya i Auchan. Nie wiedzą żę nie sa w stanie przebić „babci” z pierożkami. A babci niema do samych Sianek.

W końcu Sianki i słońce. Na peronie prawdziwy „tłum” sa Brytyjczycy w liczbie trzech emerytów i grupa polskiej młodzieży. Jakoś nam do Sianek i naszej wizji Polskiego turysty w Siankach nie pasują. I mamy rację, przyjechali samochodem, a potem w ramach wycieczki przesiedli się do pociągu żeby zobaczyć Polską wieś na Ukrainie. 




Pytają gdzie sklep, pokazujemy im ten z abakiem, jest zamknięty, następny jest „na górce”, pędzą do niego bo spragnienie. Swoja drogą ciekawe dlaczego J My spokojnie siadamy na betonowych schodkach dokonując oględzin sprzętu i modyfikując garderobę.  Już z daleka krzyczą że zamknięty. Cóz nic dziwnego są święta. Tłumaczymy, że dalej jest trzeci sklep, ale dla młodzieży to już za daleko, jeszcze „się odwodnią” i to dla nich za dużo rozczarowań, rezygnują. Jest to dla mnie o tyle niejasne że nie mają nic do picia i zerowe szanse na zdobycie jakiegokolwiek napoju. Cóż , mijamy ich i truchtamy w kierunku przełęczy.

Dochodzimy do sklepu i niespodzianka. Sklep otwarty, a przed sklepem świąteczna impreza. Robimy z Dorotą zakupy, a Jarek w tym czasie zawiera znajomość ze swoim imiennikiem. Ukrainiec Jaro jest niskim chudym człowieczkiem buchającym przyjaznymi uczuciami i oparami alkoholu. Dowiadujemy się, że tubylcy pod sklepem i sprzedawczyni to rodzina Jara. Zauważam rzecz szczególną, prawdziwy Bon Ton – czyściocha jest rozlewana do bardzo dużych koniakówek. Prawdziwy szyk J u nas nadal rządzi musztardówka lub plastikowy kubek.
Zatankowani do pełna i obżarci łakociami, uwalniamy się od przyjaznego „Jarka” ruszamy dalej. Przy okazji warto wspomnieć, że mają tam bardzo dobre chipsy w kształcie małych frytek. A możenam z głodu wszystko smakowało, sam już nie wiem. Spróbujcie sami.

Przed wejściem do lasu stoi bilboard reklamujący szacunek dla przyrody! Nie chce nam się truchtać szosą do początku szlaku, podchodzimy ścieżką na wprost, na grani o tak te drogi się krzyżują. Jeszcze tylko mała wycieczka na „maślaczki” i jesteśmy gotowi. Ruszamy żółtym szlakiem





Odnajdujemy znaki szlaku i w końcu robimy to po co tu jesteśmy. Szlak jest prawie nieoznakowany, na początku przedzieramy się przez chaszcze, nietrudno go jednak w tym miejscu zgubić. Jest poprowadzony granią. Potem jest troszkę „schodów” na podejściu na Hrebenicz. Wiatrołomy całkowicie blokują szlak, aby go nie zgubić każdy na własną rękę kieruje się pod górę. Po drugiej stronie bardzo ostre zejście po błotnistej ścieżce. Mamy pierwsze straty, Jarek łamie kijek. Od tej pory będzie wędrował z jednym jak nasi ojcowie. Schodzimy na połoninę, nie wiemy jeszcze jak jest długa. Opróżniamy pierwszą butelkę wody i na wszelki wypadek czerpiemy wodę z kałuży do późniejszego przefiltrowania. 





Po kilkunastu minutach zauważamy rozbity sporej wielkości namiot i trzech młodych całkiem dobrze ubranych mężczyzn. Dobrze ubrany, oznacza w tym przypadku odejście od wytartych jeansów starych wojskowych plecaków i marketowych pałatek. Pamiętajmy że ludzie na Ukrainie żyja bardzo skromnie i każdy grosz się liczy. Jeden w charakterystycznych spodniach ze wzmocnieniami na kolanach. Zaczyna się dyskusja o pochodzeniu spodni. Dorota twierdzi, że czeskie, Ja, że polskie. Z bliska okazuje się, że to spodnie Milo. Za to namiot Hannah. Można uznać że jest remis J Zauważamy, że panowie gotują posiłek w kociołku nad ogniskiem i targają ze sobą siekierkę. Rozmawiają z nami po rosyjsku. Są Ukraińcami z okolic Kijowa. Brat jednego z nich pracuje w Polsce. Po cichu dochodzimy do wniosku, że pewnie stąd taki sprzęt. Pytamy o wodę, dowiadujemy się, że poniżej jest źródełko. Na wierzchu w butelce mamy bełta, wyjaśniamy że wiedząc o problemach z wodą zatankowaliśmy ją z kałuży. Widok mętnej wody wywołuje głęboki szacunek w oczach Ukraińców. Jeden z nich odprowadza Jarka do źródełka, a my wdajemy się w pogawędkę z pozostałymi. Okazuje się, że mają komplet map. 





Fotografujemy mapy na wszelki wypadek.  Sprawdzamy gdzie jesteśmy na telefonie oraz „Maps Me” i…..idziemy nie w te stronę, trzeba zawrócić. Ten scenariusz powtórzy się jeszcze nie jeden raz - oznakowanie szlaku jest dość chaotyczne. Na podejściu pod Kinczyk łapie nas deszcz, jesteśmy już dość zmęczeni, teraz jeszcze zmoknięci. Postanawiamy poszukać miejsca na nocleg. Pierwszy znajdujemy tuz za szczytem, niestety jestem w mniejszości, nie wiem czego moi „towarzysze” oczekują, że trafimy na Mc Donalda? Nieważne, posłusznie tuptam za nimi klnąc pod nosem. Z tamtego miejsca miałem piękne panoramy w dwie strony świata. Co z tego że nie mamy „porządnego” aparatu z telefonu i Canona tez by wyszły super. Poza tym liczą się wspomnienia. Kolejne 40 minut, nie poprawia naszej sytuacji, na kolejnych miejscach zbyt silnie wieje. W końcu docieramy do „miejsca idealnego” jest płasko, jest las, jest drewno…co z tego że mokre…… Jesteśmy bardzo zmęczeni. Rozbijamy namiot za kępą kosówki jakieś 3 metry od urwiska. W dole widać Karpackie i złota kopułę nad Церква Святого Аристритига Михаїла. Jest pochmurno, mglisto, wietrznie i żadnych widoków. Idziemy z Jarkiem idzie jeszcze sprawdzić, czy za wzniesieniem nie widać lepszego miejsca, ale nie widać. Widać za to ogromne połacie wypalonych połonin. Spekulujemy, czy to przypadek czy celowe działanie. Nasza uwagę zwraca fakt że ogień przeszedł przez ścieżki nie zostawiając na nich śladów. Wniosek może być tylko jeden. To zrobił człowiek. Celowo? Tego nie wiemy, wiemy tylko że to jest złe.




Zostajemy. Rozbijamy namiot, a Jarek próbuje rozpalić ognisko z mokrego drewna. Z ogniska nici. Gotujemy na gazie…prawie jak w domu.. żarełko pierwsza klasa chrupkie pieczywo, pancernik z biedronki i Krakusa…i kisiel o smaku żurawiny…..tego nam było trzeba. Przy drugiej herbatce powiew wiatru nawiewa Dorocie płachtę namiotu na palnik, tropik ma olbrzymia dziurę. Będzie lało nam się do środka, ale od czego jest srebrna taśma na której amerykę zbudowano. Ktoś proponuje jeszcze kabanosy, to zły pomysł, może nam na głowy ściągnąć misie. Na wszelki wypadek wynosze opakowania od mielonki i pasztetu daleko od namiotu. Rano je zabiorę. Rozgrzani, podbudowani…wskakujemy do mokrych śpiworów. My z Dorotą do jednego jest cieplej. W nocy wyskakuję za potrzebą, troszkę hałasuję budzą Jarosława, ten przekonany że to coś dużego (miś?) gada….”podeszło coś większego” i potem słyszę „sio” na tym koniec walki z nocnym gościem. Może to i dobrze, gdyby zechciał mnie naprawdę przegonić…..mógłbym źle skończyć.

Napisał Cezary L przy współudziale Doroty W. Zdjęcia Cezary L.

Dzień poprzedni
Dzień następny

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz