wtorek, 3 maja 2016

Pikuj , dzień 5

Jest nieźle. To co "spało" razem z nami wyschło. Gorzej z tym co pod tropikiem i na zewnątrz. Improwizujemy z suszarnią na kijkach trekkingowych. Plecaki są mokre całkowicie. Humory mamy nie najgorsze. Ruszamy ok. 10, nie jest z nami zgredami chyba tak źle, nie widać "naszych ukraińskich przyjaciół" czyżby zaspali? Nieważne. Ruszamy w kierunku Pikuja, Jarek idzie granią  Połoniny Bukowskiej, my z Dorotą trawersujemy ją po stronie wschodniej. Na krótkim odcinku idziemy osobno. Po kilku minutach gubiąc szlak trawersujemy ją dołem we troje, nie wiem co gorsze, czy mozolny marsz grzbietem. Na szczęście droga prowadzi nas na wprost na przełęcz pod Pikujem.


Jarecki chyba jedzie na dopalaczach, ja się w końcu przyznaję Dorocie do towarzyszącego mi od początku wyrypy bólu po prawej stronie tuz pod żebrami. Nie mam pojęcia co to jest, wiem za to jak silny to ból, zaczyna być tak dokuczliwy że zmusza mnie do coraz częstszych odpoczynków. Martwię się że nie dam rady i że będę obciążeniem dla swoich towarzyszy podróży. Uświadamia mi to jaką głupotę popełniliśmy nie wykupując ubezpieczenia. Generalnie daliśmy ciała na całej długości :). Nie mamy mapy, zapomniałem aparatu, nie wykupiliśmy ubezpieczenia.



Tylko czy to naprawdę jest tak ważne? Ważne jest to że jesteśmy tu gdzie jesteśmy, że mamy dobre humory pomimo permanentnego wiatru i opadów przez ponad połowę wyrypy. 

Wyjątkowo "szybko" docieramy na przełęcz, Jarek już na nas czeka. My zostajemy żeby odpocząć w "bunkrze"  czyli sporej niecce usypanej z kamieni. Po kilku minutach zmykamy z tamtąd, wiatr wieje coraz bardziej. Ruszamy na szczyt na który docieramy po ok 5-10 minutach. Stoi tu betonowy obelisk, pomazany "grafiti", cóż cywilizacja i chęć pozostawienia po sobie śladu dla potomnych jest widocznie nie do przezwyciężenia.


Na szczycie dmucha, łapiemy oddech i ruszamy w kierunku w kierunku...no własnie sam już nie wiem......Miałem tak dość bólu, że nie zastanawiałem się nad kolorem szlaku. Teraz pisząc ten tekst i patrząc na mapę która do nas dotarła kilka dni po powrocie wiem że poszliśmy szlakiem żółtym.


Szlak tuz za szczytem ginie wśród skał i jagód. Dorota i Jarek idą przodem, sam wlokę się za nimi, jednak moja dolegliwość każe mi się zatrzymać. Siadam na kamieniu i łapiąc oddech czekam, nie trwa to długo może 5-10 minut. wystarczyło jednak aby ich zgubić. Nie mam wyjścia ruszam za nimi. Gdzieś w oddali zauważam ruch olbrzymiego zielonego plecaka, to Jarek, ok. nie są tak daleko.


Po kilku minutach zauważam czekająca na mnie Dorotę. Dalej idziemy juz sami, droga jest mozolna i niebezpieczna, schodzimy najpierw po dużych głazach, potem po mniejszych pokrytych podszytem.



Nie widzimy czy to kamienie czy szczelina pomiędzy nimi. Łatwo źle stanąć, a wtedy nogę prawdopodobnie szlak trafi. Czas mija, nie wiemy ile to trwało, choc to tylko kilkaset metrów, zajmuje nam to ok godziny, jeszcze tylko wysokie na metr pola jałowca i wychodzimy na jakąś uprawę, w tym samym czasie dogania na Jarek. Zauważył nas dzięki niebieskiej bluzie Doroty i mojemu pomarańczowemu buffowi. Jestem troszkę zły, nie gubi sie z oczu pozostałych członków wyprawy w miejscu gdzie tak łatwo o zgubienie się i wypadek. Cóż docieramy się, komunikuje im o tym i na tym kończę.

Przystajemy na propozycje Jarka i schodzimy w kierunku Błasowicy. Po ok 1-2h docieramy do cywilizacji, od razu trafiamy na sklep spożywczy. Kupujemy ichnią Colę, bo innej niema i ruszamy do szosy mając nadzieję złapać marszrutkę do Stryja lub Lwowa.



Kiwamy kilka minut, nikt sie nie zatrzymuje choć jedzie masa busów z samym kierowcą. Cóz takie los autostopowicza, Dorota pyta dwóch kobiet o której najbliższa marszrutka. W odpowiedzi słyszy, że dzis juz nie będzie. Co robić......ano to samo co do tej pory kiwać stopa.:)

Wystawiamy Wykałaczkę na wabia, niech macha...drobna blondynka na pewno kogoś skusi. Minuta!!!! Tyle trwało łapanie stopa, zatrzymuje się TIR, może zabrać tylko jedną osobę do Stryja, ekspediujemy Jarosława.

Sami bezskutecznie kiwamy jeszcze z kwadrans wzbudzając śmiech u Ukrainek po drugiej stronie, one nie machają , po prostu wystawiają rękę i tyle. Odjeżdają jako pierwsze w przeciwnym kierunku.

A kolo nas zatrzymuję się.....rejsowy autobus do Lwowa!!!! Nówka sztuka nie śmigana. Bilet jest drogi od osoby kosztuje 70 HR, mamy tylko 112HR...... Niema problemu, zapłacicie we Lwowie :).
Wysyłam SMS do Jarka że jedziemy do Lwowa.
Z trasy rezerwujemy miejsce Hostelu dla 3 osób,

Po półtorej godziny jazdy prawie w tym samym czasie spotykamy się hostelu. Recepcjonstka jest zrozpaczona...jak to?.....To niemożliwe!!!!! Nie ma żadnej rezerwacji...miejsca oczywiście są.

Okazuje się że hostel w którym kimaliśmy, to nie był hostel z listy otrzymanej w informacji, trafiłem nie tam gdzie trzeba....więc i rezerwację zrobiliśmy gdzie indziej :).....tak to jest posłać mnie gdziekolwiek w obcym mieście.....

Wieczór jest ładny, ruszamy ponownie w miasto, tym razem celem jest jakaś paszodajnia, na celownik bierzemy "Lampę naftową"...niestety dopadła ją globalizacja. W menu nic ciekawego, a ceny z kosmosu. Kolejne kroki kierujemy do pierogarni której nazwy nie pomnę po drodze zachaczając o "Kopalnię Kawy".

W knajpce królują kuchnie czterech krajów: Włoska, Armeńska, Gruzińska i Ukraińska. Zamawiamy Wareniki i Kinkhali. Na kolana nie powalają. Powala nas za to coś innego. Zamaszysty "paw" wykonany przez spasionego brytola z poczwórnym podbródkiem.

Lekko zniesmaczeni wracamy tramwajem i w nim wychodzi z nas prowincja, widać to nawet we wzroku jednego z Ukraińców.....co za ciemna masa..nie potrafią obsłużyć kasownika :). Otuchy dodaje nam Pani z torebką z Kopalni Kawy...wymieniamy porozumiewcze spojrzenia i od razu nam lepiej.

Jeszcze tylko wieczorny wypad na stare miasto i spać.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz