sobota, 4 czerwca 2016

Norwegia, Sandnes, Lauvik, Kjerag, dzień 2

6 rano...nocka zawalona....nie było jej...a właściwie ...może była...tylko...jakaś taka....inna....cztero godzinny zmierzch przeszedł płynie w świt. Wstałem jako pierwszy i zabrałem się za rozpalanie ognia....nie jest łatwo, wszystko mokre od rosy. Walczę z nim z pół godziny. W międzyczasie wstaje Paulina i Karolina. Druga z nich mi pomaga, Paulina biega i ćwiczy. Ma dziewczyna zdrowie.



Powoli z namiotów wypełzają pozostali, czas poznać kolejne imiona...skaczę na głęboką wodę...biorę na klatę trzy.... Ania, Karolina i Kamil , to już taki wiek :P.

Przed wyruszeniem intensywna dyskusja...co pierwsze..... . Oczywiście mielę ozorem, że nam na Preikestolenie nie zależy, a jeśli już tak bardzo chcą na skalna półkę to i tak lepiej zacząć od dalej położonego Kjeragu. Stary i głupi, dopiero po tym dowiaduje się że część ich załogi wraca następnego dnia do Polski. Ostatecznie zapada decyzja o podziale ekipy. Kamil i Karolina ruszają na Preikestolen, reszta drużyny po podzieleniu się na grupy stopem kieruje się Kjerag gdzie mamy punkt zborny na parkingu.


Razem z Dorotą próbujemy złapać stopa na przystanku Kolumbusa w Sandbakk. Jednak jedynymi osobami jakie reaguja na nasze machanie to Właściciel rozbitej na przystanku przyczepy i ktos z naszych znajomych w czerwonym busie. Po kilku nieudanych próbach dochodzimy do wniosku że łatwiej będzie łapać stopa na autostradzie , szybko jednak zmieniamy zamiar i łapiemy stopa jak "zagubiony" turysta ok 200 m przed wioską.
Okazja trafia się praktycznie od razu, Jedziemy do Høle. Po drodze zgarniamy z rozjazdu Paulinę i Mantasa i wysiadamy przy Ryfylkeveien  w Høle przy zjeździe Bersakelveiven.




Ok 200m  w kierunku Lauvvik znajdujemy coś w rodzaju opuszczonego domu kultury. Wspominam o nim bo być może ktoś skorzysta z noclegu.


Akurat trwa występ.


Pogoda jest wspaniała, nieśpiesznie idziemy skrajem bardzo wąskiej szosy wzdłuż jeziora Eikelivatnet, potem wzdłuż Hølefjorden. Maleńkie norweskie domki czasem wręcz stoją w ulicy.

Nauczeni doświadczeniem z uzupełniamy zapasy wody żałując że nie mamy naszego "Sawyera". Chwilę potem jedna z dziewczyn zatrzymuje przesympatyczną starszą parę Norwegów. Tego się nie spodziewaliśmy, starsza para nie zastanawiając zbytnio wpakowała cała naszą czwórkę na tylną kanapę i spytała chcemy jechać drogą nową czy ładniejszą :).


Nasza odpowiedź mogła być tylko jedna. Po drodze dowiedzieliśmy się że do Lysebothen pływają dwa promy komunikacyjny: szybki  Norled w cenie ok 100 NOK. i turystyczny w cenie 300 NOK.
W związku z uzyskanymi informacjami decydujemy się na egzotyczna dla nas podróż promem przez cały Lysefjord do samego Lysebothn.


Na przystani promowej w Lauvik "Czeski film" nikt nic nie wie. Jeden prom nam ucieka, ale zaraz wraca. To wahadłowiec łączący dwa odcinki drogi nr. 13 (Lauvik - Oanes) wzdłuż której poruszamy się od samego rana. Na promie kolejne rozczarowanie którą jest informacja że nie dopłyniemy w żaden sposób do Forsand skąd mamy połączenie do Lysebothn. Poza tym Mantas otrzymuje info od Jaśka i Izy że wracają z Oltedal którędy i my mamy jechać. Informacje nie są dobre. Droga jest zalana. Na nasze szczęście jesteśmy nadal na promie. Iza targuje dla nas powrót za free. W drodze powrotnej do "portu macierzystego" dyskutujemy nad cała sytuacją. Do dyskusji przyłącza się motocyklista w naszym języku. Informuje nas że na Kjerag leży śnieg.  Informacja nas zaskakuje, tego sie nie spodziewaliśmy, choć powinniśmy. W naszych tatrach tez leży śnieg. Nie jesteśmy przygotowani na zimowe warunki.

 

Szczęście nas jednak nie opuszcza. Znów słyszymy po polsku.....jedziecie na Szjerag? Odpowiadamy że na Kjerag....łysy chudy gość uśmiecha się mówi że to to samo i że może zabrać dwoje z nas. Troszkę na siłę, jednak zgodnie z prawdą oznajmiam że najlepiej żeby zabrał mnie i Dorotę ponieważ ja wcale nie szprecham po angielsku, a Dorota też bez rewelacji. Nasi dobrodzieje to mieszkający w Norwegii Polak (Michał) i jego polscy goście Joanna i Paweł.


Nie śpieszy nam się, więc Michał funduje nam wycieczkę krajoznawczą. Po drodze odwiedzamy Byrkjedal i usypisko największych głazów w Europie, jeden wodospad i jeden pomijamy za względy na dość długie dojście do niego. Droga wiedzie malowniczą doliną z porozrzucanym gdzie nie gdzie małymi osiedlami małych domków. Nasz kierowca opowiada że kiedyś tu była duża bieda. Co ciekawe nie widziałem w Norwegii dużych domów nawet w mieście. Te które teraz mijamy mają często wymiary naszych domków letniskowych z charakterystycznym dla regiony trawiastymi dachami.


Jak widać mieszkańcy tej krainy nie zachłysnęli się dobrobytem, nie wyznają naszej słowiańskiej zasady "zastaw się, a postaw się". Nadal cenią sobie skromność i minimalizm wypracowany przez wieki. A może się mylę? Może to względy czysto praktyczne?


W okresie zimy warstwa śniegu często dochodzi do 6 metrów!!!! Mrozy tez sa tu tęgie. Może więc chodzi także o oszczędność energetyczną? To ę kwestię pozastawiam sobie otwarta i podziwiam przez okno wodospady spadające z okolicznych wzgórz i zielone dachy mijanych chatek hobbitów. Szybko pniemy się w górę, zieleń ustępuje miejsca śniegowi, a krajobraz zmienia się z idyllicznego na równie piękny ale surowy przypominający bardziej Spittsbergen.

W końcu jesteśmy u celu w Øygardstøl. Znajduje się tu parking, informacja turystyczna i zabójcza dla naszych kieszeni restauracja w której hamburger kosztuje 179 NOK!!!!. Nasza sytuacja przypomina trochę epokę odkryć od XV do połowy XX wieku. "Ekspedycja" jest podzielona na kilka mniejszych grup. Dowcip polega na tym że nic o sobie nie wiemy, ja nie mam zasięgu z pozostałymi. Część z nich jest bez zapasów ponieważ zabierając sie z Michałem zabraliśmy plecak Mantasa oraz matę i śpiwór Pauliny. Typowy pat.

Michał sprawia nam jeszcze dwie przysługi.
Pierwsza to podwozi nas do Lysebotn żebyśmy sprawdzili o której mamy promy. Gada z Norwegami w ich języku. Znamy już godziny w jakich odpływa prom do Stavanger.


Druga to kartusz z gazem, którego nie mogliśmy przywieźć samolotem. Qrde, co my byśmy bez niego zrobili.

Szosa z Øygardstøl do Lysebothn schodzi ok 800 metrów w dół do poziomu morza i przebiega przez tunel o długości około 1,5 km. Pomimo tego że jest oświetlony , idąc pieszo zalecam latarki dla własnego bezpieczeństwa. Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy wejściem na szlak do Kjeragbolten znajduje sie nieduży wodospad i jeziorko w którym można się wykapać.


Ograniczyłem się do zejścia w jego pobliże przy okazji nalewając sobie wody do butów ze strugi która spadała wzdłuż stopni skalnych.




Naszych nowych znajomych zaczyna gonić czas, rozstajemy się, co prawda nie na długo ale i tak życzymy sobie powodzenia. Zostajemy na parkingu i czekamy na resztę ekipy. W międzyczasie ładuje telefon. Ech..gdybym wiedział że za 2 godziny padnie mi bateria w aparacie. Nie czekamy długo. Po ok. 40 minutach widzimy roześmiane mordki Ani, Izy i Jaśka. Dziewczyny lecą umyć głowy, a my wyciągamy nasze biedronkowe orzeszki na wagę. Znikają momentalnie, tak samo jak kabanosy którymi nas od wczoraj częstują.

Po kolejnych 30 minutach jesteśmy w komplecie, jeszcze tylko sesja fotograficzna i tuptamy w górę.
Szlaki w Norwegii sa oznaczone w poniższy sposób.




Naładowani kaloriami dość szybko pokonujemy pierwsze wzniesienie i ............. zatyka mnie. Przede mną w dole widać zieloną kotlinę. Wygląda bajkowo z kilkoma wijącymi się strumieniami i soczystą trawą, dla kontrastu nad nią widać płachty śniegu. W dolince przechodzimy przez kilka mostków i mijamy kilka namiotów. zżera mnie "zazdrość" miejsce jest bardzo urokliwe.


Góry są inne od tych które znamy, prawie jednolite masy skalne, ze spękana gdzieniegdzie powierzchnią. Brak wyraźnej ścieżki. Ludzie chodzą jak chcą, powierzchnia jest mocno chropowata. Zwiększa to znacznie przyczepność, prawdopodobnie podczas deszczu jest ona bardzo dobra.


Nigdzie niema śladów wyślizganej skały jak na naszych szlakach. Pomimo to Norwedzy na podejściu założyli coś w rodzaju poręczówek. Ułatwiają one zapewne wchodzenie mniej doświadczonym turystom. Szlak na pewnych odcinka przypomina asfalt z czasów komuny, brak tez ostrych krawędzi. Wszystkie te czynniki oraz krótki dystans powodują że tak naprawdę niema potrzeby na tym odcinku stosowania sztywnego obuwia.


Po przejściu kotlinki znów pniemy sie w górę, ten odcinek jest łatwy i przyjemny, a ponieważ złapaliśmy oddech nie sprawia problemów nam i innym mnie wprawnym.

Mój Little Kjerag :P
Potem jak to w górach bywa znów w dół. Trasa robi się "ambitniejsza", łańcuchy są już nie tylko po to by służyły jako poręcze, służą do zejścia w kolejną mikroskopijną dolinkę wejścia na kolejne przewyższenie. I to na razie koniec górskiej trasy. Jesteśmy na plateau, rozpościera sie stąd przepiękny widok na 4 strony świata. W końcu nie tylko widzimy,a le i przechodzimy przez płachty śniegu. Na pierwszej obowiązkowe "orzełki". Ubaw po pachy, jesteśmy mocno rozgrzani, a śnieg lodowaty w związku z tym drzemy się wniebogłosy.


Jaśkowi szwankuje plecak, zostawiamy więc młodzież i idziemy dalej i tak nas dogonią. Poruszamy się rozległym płaskowyżem upstrzonym porozrzucanymi kamieniami. Oczywiście spotykamy naszych dobrodziei. Michała i spółkę. Są zachwyceni. Zamieniamy kilka słów i lecimy dalej. W pewnym momencie słyszymy krzyki..."Help, help!"....rozglądamy sie i widzimy że w naszym kierunku biegnie jakaś postać, za nim nieśpiesznie idzie jeszcze trzech. Dobiega zziajany do nas, to hindus, jest spanikowany. Najwidoczniej zgubili z kolegami szlak. Łamaną angielszczyzną pyta o nas o kierunek. Wskazujemy mu czerwone znaki w kształcie litery T na kamieniach.

Dochodzimy do szlako wskazu ze wskazaniem na mały fajrant, tym bardziej że widać już resztę załogi. Nieśpiesznie się rozglądamy i niespodzianka ....do Kjeragbolten jest ok 5 min. Niewiele brakowało abyśmy go minęli. Tutaj uwaga. Idąc od wspomnianego szlako wskazu zgodnie ze wskazanym kierunkiem należy za szczeliną ( po ok. 100 m) skręcić w prawo i poruszać się wzdłuż niej.
Lodospad koło Kjerag, zachód w promieniach zachodzącego słońca 

Lodospad koło Kjerag, zachód w promieniach wschodzącego słońca 
Moim skromnym zdaniem głaz nie robi takiego wrażenia jak na fotach, większe wrażenie zrobiła na mnie przepaść i widok wodospadu w promieniach zachodzącego słońca. Oczywiście obowiązkowa sejsa fotograficzna. pech chciał że jakiś czas temu wyczerpała mi się bateria w aparacie i foty trzaskam starym Canonem i telefonem. Co z tego wyszło oceńcie sami.


Pomimo próśb część z nas nie godzi się na rozbicie obozowiska przy samym urwisku. Powodów jest kilka , jednym z nich...szum lodospadu...:P. Rozbijamy się więc na płaskowyżu i jak zwykle słowiańskim obyczajem czekamy na noc......a tej znów niema.....Dobranoc





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz