piątek, 3 czerwca 2016

Norwegia - Stavanger - dzień 1

Lutowa noc ok. 23:45.... wysyłam SMS..., "śpisz?" Po ok 10 minutach dostaje odpowiedź...."Nie, a co jest?"............. "Są tanie bilety do kupienia, po 138 PLN-ów" Dalej rozmowa przechodzi na inne platformy komunikacyjne i kończy się zakupem 2 sztuk biletów na trasie Szczecin - Stravanger - Szczecin.

Mija prawie pół roku.....jak z bicza strzelił.....zero przygotowań, zero konkretnego planu, zero żarcia....bo kupimy na miejscu. Jedyne co zrobione z głową to zakup namiotu za 63 PLN którego nie szkoda będzie wyrzucić na kontroli lotniskowej. 
Na lotnisku jesteśmy o czasie, mamy mały i duży bagaż podręczny, w dużym jest namiot za 63 PLN, włożony po przekątnej tak aby zmieścić jego 64 cm w wymiarze 52 cm. Jeszcze tylko ostatnia kompresja bagażu podręcznego i przechodzimy przez kontrolę. Dreszczyk "grozy"... przejdą maszty czy nie przejdą....uff przeszły...juuupii!!!!!  Mamy pod czym kimać. 



Już w samolocie poznajemy kilka sympatycznych osób, jak się potem okaże...... skazujemy Ich i siebie na wzajemne towarzystwo na następne dni :). Nasz plan, dostać się na Kjerag (Szierag) w pierwszej kolejności, a potem jeśli czas pozwoli na Preikestolen. Młodzi odwrotnie...... zaczynamy ich przekonywać że nasza opcja jest lepsza. Zacząć jak najdalej i potem zbliżać się do lotniska. Temat pozostaje otwarty. Pierwszy pomysł jest taki.
Wynajmujemy dwa samochody na 9 osób i w ten sposób dostać się w okolice Kjerag. Na lotnisku samochodów brak, podobno są w Sandnes. Wsiadamy w linię 9 i za jedyne ok. 60 NOK pd osoby. wysiadamy w centrum wszędzie wokół nacje zupełnie nie Norweskie. Dziewczyny wypytują taksówkarza (hindusa) o wypożyczalnię, okazuje się że czegoś takiego tu niema. Po zakupach w  REMA 1000. wydając  ok 115 NOK nabywamy: 2 wody 1,5l, puszkę sardynek 150g i 1 chleb.


Powoli zapada wieczór jest po 20-tej. Trzeba rozejrzeć się za noclegiem. Mając w pamięci że w Norwegii można rozbijać namiot w odległości min. 150 od zabudowań z centrum kierujemy się drogą 45 w kierunku widocznych na mapie jeziorek za miastem. Po drodze zaglądam jeszcze na stację Statoil w poszukiwaniu kartusza z gazem. Akurat zabrakło, mogą być na innej stacji...4km w przeciwnym kierunku...dziękuję...nie skorzystam. 




Skręcamy w prawo wzdłuż ogrodzenia jakiegoś obiektu wojskowego.....i zonk, droga jest ślepa a na jej końcu znajduje się boisko do siatkówki. Nic to.....rozkładamy biwak na wąskim pasie pomiędzy elektrycznym pastuchem, a boiskiem do siatkówki. W pobliżu płynie rzeczka, jednak jej woda nie budzi naszego zaufania, może gdybyśmy mieli filtry...ale tak....zostaje nam tylko słony "Staffel".


Rozpalamy małe ognisko, mocno ograniczone dwoma kamieniami które służą nam do postawienia menażki i uczymy się kolejnych dwóch imion naszych nowych przyjaciół. Janka i Izę już pamiętamy, teraz podobno ma być trudniej. Kolej na Paulinę i Mantasa. Mantas "wchodzi" mi najłatwiej ( w pamięć) z Pauliną mam problem :P W międzyczasie Kamil udoskonala patent Doroty z pieczeniem kabanosów, zamieniając patyki na szpilki od namiotów. Tym samym robi nam wprawkę w ich rozkładaniu na skałach.
Paulina ma problem, jej pożyczony chiński namiot ma również chiński system słupków. W celu jego rozłożenia zwołujemy plenum. Dorota znajduje tajemnicze talerzyki, rozkładamy i składamy jeszcze raz. Uff konstrukcja stoi, podobno dwu-osobowa. Chyba dla chińczyków.


Noc zapada długo.....qrcze...ona tu w ogóle nie zapada.....o 24:00  jest zaledwie zmierzch.....zmuszamy się do snu.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz